DOBRO powraca – o gościnie w podróży

Bez ludzi, których spotkaliśmy na naszej drodze, ich pomocy i wiedzy, nasza podróż nie byłaby taka sama! W Japonii tych spotkań przypadkowych było więcej niż oczekiwaliśmy początkowo, nie spodziewaliśmy się, że ktoś zaprosi nas do swojego domu, czy poczęstuje kawą po drodze. W Korei natomiast szybko zorientowaliśmy się, że bariera językowa nie jest żadną przeszkodą dla miejscowych, którzy bardzo chętnie nawiązywali z nami kontakt.

Michi ze swoją mamą, Japonia, okolice jeziora Biwa.

Część naszych spotkań z ludźmi była wcześniej zaplanowana. To wszystko dzięki portalowi Warmshowers, który zrzesza rowerzystów długodystansowych na całym świecie.

Do części osób, które zamierzaliśmy odwiedzić tuż po wylądowaniu w Tokio napisaliśmy bardzo wcześnie, bo ponad miesiąc przed planowaną wizytą, co pozwoliło nam przekonać się o tym, czy wybrane osoby mają aktywne konta na portalu i czy odpowiadają na nasze wiadomości. Brzmi to może nieco wyrachowanie, ale tylko możliwość szybkiego skontaktowania się daje realną szansę na odwiedzenie kogoś, a także, przy odrobinie uwagi, może też przygotowania małej niespodzianki dla tej osoby. Nasi gospodarze mieli też wówczas czas, aby dowiedzieć się czegoś o nas, co naprawdę było bardzo miłym gestem z ich strony, gdy wiedzieliśmy, że czytali naszego bloga, czy przygotowali dla nas polską potrawę.

I tak spędziliśmy święta Bożego Narodzenia u przemiłej pary Japończyków, Izumi i Tetsui, których nazywamy cały czas hipisami, bo byli zdecydowanie alternatywą przeciętnego Japończyka. Święta obchodziliśmy w gronie japońskich artystów, ludzi nie podążającymi utartymi szlakami oczekiwań. Spędziliśmy z nimi dwa wieczory, spróbowaliśmy opowiedzieć im o Polsce i przygotowaliśmy dla nich barszcz z uszkami (a tak naprawdę z tortellini z grzybami) czy sos grzybowy oraz wprowadziliśmy zwyczaj dzielenia się opłatkiem – absolutnie bezcenne chwile 🙂

Nasz Sylwester był pełen nowych informacji, spędzonym w towarzystwie amerykańskiej nauczycielki Patrice, mieszkającej od lat w Japonii – fascynatki zapaśników sumo, japońskiej ceremonii parzenia herbaty i teatru Kamishibai. Obcokrajowcy mieszkający w Japonii byli dla nas prawdziwym źródłem wiedzy, bo potrafili zestawić cechy dwóch kultur, byli obserwatorami społeczeństwa od dłuższego już czasu oraz, co ważne, mówili po angielsku.

Czasami, gdy mam ochotę myślami uciec od tego co znajduje się wokoło, moja wyobraźnia przenosi mnie na werandę stuletniej japońskiej chaty w górach.

Chłodniejsze powietrze wewnątrz domu pachnie drewnem i tradycyjnymi matami tatami wykonanymi z trawy, drewniana konstrukcja podłogi trzeszczy gdy się po niej chodzi. Ale teraz siedzę na drewnianym podeście na zewnątrz domu, czytam książkę Murakamiego. Nic się tutaj spektakularnego nie wydarzy, jak wczoraj i zapewne dnia kolejnego, chyba, że może do drzwi zapuka listonosz, może zajrzy sąsiad, przed domem przejdą starsze kobiety i odpowiedzą zainteresowane na moje pozdrowienie. Ponieważ nie mamy internetu to nie sprawdzę maili, nie otworzę facebooka, nie przeczytam żadnych wiadomości. Ale pójdę na spacer i przyniosę z lasu rośliny, które posadzę przy domu, może wykopię buraki na zupę, przekopię ogródek, oto plan doskonały. Wieczorem, ugotujemy coś razem, będziemy rozmawiać do nocy i słuchać muzyki.

Wspomnienia czasu, który spędziliśmy z Clivem, Anglikiem od dwudziestu lat mieszkającego w Japonii działają jak miód na moje serce. Odwiedziliśmy go dwukrotnie, co zaowocowało przemiłą znajomością, która trwa do dziś, wspieramy swoje pomysły, wymieniamy się bieżącymi informacjami. Wiem, że na pewno się jeszcze spotkamy!

Wszystko dla nas, ale co od nas

Wiemy, że każda gościna wymaga nieco wysiłku. A to trzeba zmienić swoje plany, zrobić większe zakupy, poświęcić swój czas. I bardzo to doceniamy! Większość spotkanych osób ufała nam praktycznie w stu procentach, zostawianie kluczy pod wycieraczką było dla mnie wręcz wzruszające. No bo jak tu zaufać komuś kogo się zupełnie nie zna, wspólnym mianownikiem jest tylko rower i to najwidoczniej wystarczy. W gościnie organizowanej za pomocą portalu Warmshowers nie chodzi o pieniądze, ale można dać coś, co jest dużo cenniejsze – swój czas i pomoc. Z naszej strony zawsze taką pomoc proponowaliśmy, przy sprzątaniu, rąbaniu drewna, pracy w ogrodzie, wspólnym gotowaniu na przykład. Dodatkowo, zawsze mieliśmy dla naszych gospodarzy mały upominek – pocztówkę z Poznania, jakiś mały gadżecik oraz, jak mogłam wykonać, obrazek malowany akwarelami, który zawsze budził największe emocje. Bywały też czekoladki, butelki wina, konfitury, ręcznie wywołane zdjęcia. Zdarzało nam się też piec ciasta, robić naleśniki i desery. Miły gest, który przyznaję, że i mnie zawsze cieszy, gdy stoję po drugiej stronie jako gospodarz.

Spotkań nieplanowanych też mieliśmy sporo. I może Japonia to nie druga Gruzja, gdzie za rękę wciągną cię do domu na obiad, na takie historie nie ma raczej co liczyć. Ale udało nam się jednak w pewną mroźną styczniową noc stopić serca pewnej japońskiej rodziny, która zaproponowała nam nocleg w swoim domu. Japończycy czego obawiają się najbardziej, to możliwości urażenia kogoś swoim zachowaniem, brakiem wiedzy, czy jeszcze czegoś innego, co dla nas było podejściem dość abstrakcyjnym, ale szybko nauczyliśmy się jak czytać ich intencje. Z uwagi na wysokie poszanowanie prywatności i małą liczbę obcokrajowców, czasem czuliśmy się niewidzialni, choć dobrze wiemy, że wzbudzaliśmy ciekawość, ale tylko niewielka część napotkanych osób potrafiła tę ciekawość jakkolwiek wyrazić.

Prawdziwą inspiracją stała się dla nas para Koreańczyków, Stacey i Jowrney, którzy podróżowali po świecie na rowerach przez trzy lata, w poszukiwaniu pomysłu na swój sposób na życie. Pracowali na różnych wolontariatach, między innymi przy uprawie kakao w Ameryce Południowej i przy zbiorze róż w Bułgarii, by w końcu wpaść na pomysł założenia własnej uprawy chmielu w Korei Południowej. Sami teraz przyjmują rowerowych gości oraz wolontariuszy. My byliśmy najpierw jednym, później drugim.

Hallasani, tak nazwaliśmy naszych koreańskich gospodarzy, których z braku innych miejsc do rozbicia namiotu zapytaliśmy, czy przypadkiem nie chcą przygarnąć nas do swojego ogrodu. Na wyspie Jeju chcieliśmy wejść na szlaki parku narodowego Hallasan, zaplanowaliśmy więc nocleg tuż pod wejściem na szlak, aby móc spędzić w parku cały dzień. Okazało się jednak, że wokół nie ma żadnej infrastruktury umożliwiającej spędzenia tam nocy, lasy dookoła porośnięte są gęsto niskimi roślinami, a poza tym był to już teren samego parku, a tej granicy nie chcieliśmy przekraczać. Zobaczyliśmy dom, poszliśmy zapytać o nocleg i udało się, prosty przepis 😉 To jedna z tych sytuacji, w której okazuje się, że brak znajomości języka nie jest barierą, aby zaoferować swoją pomoc. Spędziliśmy miły wieczór przy pieczonych ziemniakach, kawie i rozmowach, których treści w większości musieliśmy się domyślać.


„Tak jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak w podróży ta wiara powraca. Podróżowanie zwraca nam życie. Zabiera nas do istoty rzeczy, zabiera nas w przeszłość, do czasów, gdy nie współzawodnictwo rządziło światem, ale współpraca. Jedność i zaufanie. Bez tego nie można było przeżyć zimy, powodzi, zarazy. Podróżowanie zabiera nas w przeszłość, gdy człowiek żył podług prostych zasad i był, o dziwo, bliżej natury i świata. Lubię takie życie, bo ja naprawdę w to wierzę. W tę współpracę ponad współzawodnictwem i nic mi tej wiary nigdy nie zabierze.”


Robert Robb Maciąg, Tysiąc szklanek herbaty – opowieści rowerowe z jedwabnego szlaku; Wydanie II

Historią, która stanie się klamrą mojej opowieści, było ponowne spotkanie naszego koreańskiego kolegi Dżejkeja. Ponowne, bo poznaliśmy się prawie rok wcześniej w Poznaniu, w naszym maleńkim mieszkaniu, gdy Dżejkej z kolegą przyjechali do nas w trakcie swojej kilkumiesięcznej podróży rowerowej (znaleźli nasze konto na portalu WarmShowers). Pomogliśmy im wtedy zaplanować dalszą podróż, zorganizowaliśmy noclegi u znajomych, poszliśmy razem na zakupy wytłumaczyć im, czym są gołąbki w słoiku i koncentrat pomidorowy. Gdy my przypłynęliśmy do Korei Południowej, czekało na nas wspaniałe przyjęcie przez Dżejkeja i jego rodzinę. Opowieściom nie było końca! Jedzenia też nie było końca 🙂 Wszyscy czuliśmy niesamowitą więź i sympatię, to był dla nas wspaniały początek koreańskiej przygody. Po kilku dniach, ruszając w dalszą drogę żegnaliśmy się ze łzami w oczach.

Takich spotkań jak opisane powyżej było dużo, dużo więcej. Niektóre krótkie, zwykła wymiana zdań pod sklepem, butelka wody od motocyklisty, który mijał nas na podjeździe, ciepła kawa od kierowcy ciężarówki, energetyczne batony od kolarza, który akurat tego dnia jechał autem, chwila spędzona razem, ulotna, ale bardzo wzbogacająca. Są osoby, które pomogły nam i wciąż pomagają dzieląc się swoją wiedzą i czasem, jak Michi, który będąc strażakiem wysyłał nam ostrzeżenia o nadchodzących tajfunach w Japonii, a teraz stał się naszym ‚tłumaczem’ i kulinarnym doradcą. Starajmy się, aby ta dobra energia nie przestawała krążyć!

Następny Post

1 Komentarz

  1. richard56s 12 lutego 2019

    Na widok tych pyszności wschodnich aż ślinka cieknie 🙂
    Gratuluję wspaniałych wrażeń i przygód.
    Rysiek Sobczuk

Komentarze

© 2019 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén