hokkaido – skandynawia japonii

Znacie małą, pomarańczową dynię Hokkaido, którą można gotować bez obierania ze skóry?

My znaliśmy ją dużo wcześniej, zanim dowiedzieliśmy się, że Hokkaido to druga co do wielkości wyspa Japonii i że warto wybrać się na nią rowerem. Ale, na tejże wyspie swoje triumfy święci melon, a nie dynia. Melonowe można kupić lody, bułeczki, ciastka, galaretki, świeże melony oczywiście też, a przy drogach stoją gigantyczne metalowe melony zapraszające do przydrożnych kafejek na lodowe desery melonowe. Japończycy pytani o dynię z Hokkaido nie widzą żadnego związku pomiędzy warzywem, a ich najbardziej wysuniętą na północ wyspą. Zostawiamy tę zagadkę póki co nierozwiązaną, odpowiedzi nie znaleźliśmy też w sklepach na Hokkaido, w których można było kupić dynię importowaną z Nowej Zelandii.

Melonowa wyspa

Na Hokkaido przypłynęliśmy w połowie czerwca, promem z Tsurugi płynącym do Tomakamai, gdzie późnym wieczorem, po prawie całodobowym rejsie wyjechaliśmy razem z grupą motocyklistów z brzucha wielkiego promu na zupełnie puste drogi, z dala od miast. W porcie Higashi nie ma nic poza samym portem i był to idealny wstęp do poznania wyspy. Na Hokkaido bardzo często przez wiele kilometrów nie ma zabudowań, zobaczyć można tylko zuchwałe lisy i znaki przestrzegające przed spotkaniem niedźwiedzia brunatnego, którego nam akurat ujrzeć się nie udało. Za to tamtej pierwszej nocy na wyspie przyszło załamanie pogody, które było preludium do kolejnych deszczowych dni, nieustającej mżawki i zbliżającego się tajfunu. Dodatkowe koce zostawiliśmy w Korei Południowej miesiąc wcześniej, część zimowych ubrań odesłaliśmy do domu, a tymczasem tamten zimny front zmusił nas do założenia ciepłych rzeczy, które zdążyliśmy upchać już na dno sakwy.

Podróżując po Japonii, warto pamiętać o miejscach zwanych michi-no-eki, są to stacje dla podróżnych, coś w stylu zajazdów, z restauracją, publiczną łaźnią, sklepem sprzedającym lokalne wyroby i żywność, są to miejsca, które bardzo sprzyjają rowerzystom. Można się tam zatrzymać, ogrzać i osuszyć, czasem jest tam wyznaczone miejsce na rozbicie namiotu, czasem trzeba się ulokować gdzieś pomiędzy parkingiem a drzwiami od kuchni restauracji. Zazwyczaj miejsca te są zamykane na noc, ale dla nas była to i tak wystarczająca pomoc w deszczowe dni. Dodatkowo na michi-no-eki jest bezpłatny dostęp do wi-fi, o co na Hokkaido jest dość trudno, gdyż przydrożna infrastruktura nie jest tam aż tak rozwinięta.

Bywały dni, kiedy jechaliśmy 70, czy 80 km nie natrafiając na żadne zabudowania, a przekąski podjadaliśmy siedząc w trawie na poboczu drogi. Będąc wcześniej na Honsiu, Kyushu i Shikoku (byliśmy tam od grudnia do marca, później objeżdżaliśmy Koreę Południową) przyzwyczailiśmy się do tego, że Japonia jest krajem podającym ludziom prawie wszystko na tacy, naszym zdaniem aż za dużo, tymczasem Hokkaido wygląda jak inna kraina. Sklepów i większych miast nie ma zbyt wiele, ludzie mają nieco inne rysy twarzy, kolor ich skóry jest trochę ciemniejszy, architektura dostosowana jest do surowszego klimatu, a deszczowe dni karmią rośliny tak doskonale, że człowiek czuje się tam bardzo mały wobec wszechogarniającej zieleni, gór i zwierząt, które bez wątpienia królują na wyspie. Hokkaido nazywaliśmy więc Skandynawią Japonii, przez kolorowe domki osadzone na wybrzeżach w rybackich wioskach, przez miasteczka na odludziu i ciszę jaka tam panuje. Nad polami ryżowymi malują się pasma gór, które nawet w czerwcu pozostają ośnieżone i po części niedostępne, więc wszystkie próby trekkingu i wspinaczki trzeba każdorazowo sprawdzić w biurach informacji parku, czy punktach turystycznych. Nie sądziliśmy, że jeszcze w połowie czerwca śniegu będzie tak dużo, że uniemożliwi nam to wejście na najwyższy szczyt wyspy, Asahidake o wysokości 2 291 m. n.p.m.

Park Narodowy Daisetsuzan

Chcąc spróbować wejść na szczyt Asahidake, trzeba najpierw udać się do bazy położonej w sercu parku narodowego Daisetsuzan, będącej jednocześnie niewielkim turystycznym kurortem, gdzie znajduje się kilkanaście hoteli o różnym standardzie i jedno pole namiotowe. To, czego trzeba spróbować w Japonii, a już na pewno będąc na Hokkaido, to kąpiel w onsenie, łaźni zasilanej wodą z gorących źródeł, a podnóża góry Asahidake są jednym z tych idealnych do tego miejsc. Górskie kurorty słyną z basenów umieszczonych na zewnątrz budynków, ze wspaniałym widokiem na wulkaniczne jeziora, lasy lub pobliskie wyspy.

Wylegiwanie się w gorącej wodzie z takim widokiem należy do jednych z moich najprzyjemniejszych wspomnień. Przed odwiedzinami onsenu, należy zapoznać się z etykietą panującą w takich miejscach. Do wielu z nich osoby z tatuażami mają zakaz wstępu, a już dredy Pawła były uznawane za swego rodzaju kuriozum i wzbudzały liczne spojrzenia. Do basenów z wodą nie wchodzi się z marszu, ale po wcześniejszym gruntownym umyciu ciała, a długie włosy muszą być upięte, by nie wpadały do wody z której wszyscy korzystają. W onsenach nie pierze się skarpetek pod kranem, ani nie wskakuje do wody, co brzmi kusząco dla rowerzysty, prawda? Ale nie tam. Cisza i panujące reguły dają możliwość prawdziwego relaksu, warto wykorzystać swój czas w onsenie, bo zazwyczaj cały rytuał zajmuje około dwie godziny, po których świat wygląda inaczej.

Do podnóża Asahidake wiedzie droga poprowadzona przez park narodowy, dokładniej ujmując, jest to 13 km mozolny podjazd. Dalej wjeżdża się kolejką linową, skąd można rozpocząć podejście na szczyt. Pomóc może dobra pogoda, my mieliśmy jej zaledwie godzinę, choć i tak z wejścia na szczyt zrezygnowaliśmy, bo zalegający śnieg i gęste chmury które przesłoniły zupełnie widoki nas do tego zniechęciły. Nie zaplanowaliśmy zabierania kijów trekkingowych i dodatkowych butów górskich, które z pewnością by się tam przydały. Musieliśmy zadowolić się niżej położonymi szlakami, które okazały się bardzo urozmaicone, poprowadzone przez niżej położone lasy, mało uczęszczane zarośla i mokradła.

Stacjonując u podnóża góry Asahidake, spaliśmy na polu namiotowym, na którym naszymi jedynymi sąsiadami były sprytne lisy. Przyjeżdżając na miejsce dostaliśmy obszerną notatkę o tym jak wystrzegać się niedźwiedzi brunatnych, nie pozostawiać jedzenia w kuchni polowej itd. Natomiast w łazience poprzedni podróżnik umieścił odręcznie napisaną kartkę na ścianie, o tym że lisy będą za wszelką cenę próbowały dostać się do namiotu jeśli tylko wyczują jedzenie, nie ważne czy jesteś w środku, czy też nie. Najtrafniejszy był dopisek na dole strony, że wszyscy boją się niedźwiedzia, a tymczasem to lisy i wrony sieją prawdziwe spustoszenie na Hokkaido. W namiocie nie zostawiliśmy do jedzenia nic, nawet puszki z kukurydzą, a lisy i tak wyszarpały dziurę w worku na plecak, który leżał w przedsionku. Wrony były aktywne za dnia, nie mniej sprytne niż ich lisi bracia, porywały wszystko od czego człowiek odszedł, każda siatka była dla nich symbolem upragnionych smakołyków. Podlatywały do rowerów i szarpały worki, w których nie było jedzenia, działo się tak nawet w miasteczkach pod sklepami. Nigdzie wcześniej, ani później w Japonii nie spotkaliśmy tak dobrze zorganizowanej szajki złodziejaszków!

Po drugiej stronie parku Daisetsuzan znajduje się piękny wąwóz Sankuyo, spod którego mieliśmy nadzieję wejść na inny szczyt Kurodake o wysokości 1 942 m n.p.m. Ale już w informacji turystycznej powiedziano nam, że śniegu na szlaku jest tak dużo, że bez dodatkowego sprzętu podejście jest niebezpieczne, bądź niemożliwe. Tak też było, wyciągiem krzesełkowym wjechaliśmy do początku szlaku, tylko po piękne widoki i zjechaliśmy zawiedzeni, że nawet koniec czerwca jest zbyt wczesną porą na niektóre szlaki na Hokkaido, cóż, czasem potrzeba człowiekowi nieco pokory, a na rowerową wyprawę nie da się zabrać wszystkich sprzętów, które ewentualnie mogłyby się przydać.

Nasz tajfun

Na odcinku trasy z Wakkanai do Sapporo poznaliśmy się z japońskim tajfunem i tym jakie szkody może wyrządzić ta nieposkromiona siła natury. Tajfuny docierające do Japonii zazwyczaj rozpędzają się przy Tajwanie, z ogromną siłą uderzają w wyspę Kyushu, a na Hokkaido nieco już wyhamowują. Tamtego lata wyspę Kyushu nawiedziły powodzie, ogromne obszary odcięte były od dostaw prądu, w tym czasie my byliśmy na Hokkaido, które również ucierpiało ze względu na deszcze i tajfun. W punktach michi-no-eki, na bieżąco podawane są informacje meteorologiczne i ewentualne utrudnienia na trasie. Poza tym, o zbliżającym tajfunie się mówi, my również z uprzedzeniem wiedzieliśmy o zbliżających się niesprzyjających warunkach atmosferycznych od naszych znajomych poznanych w Japonii i napotkanych ludzi. Wiatr wiał rzeczywiście bardzo mocno, padało z każdej strony, a dla nas był to koszmarny dzień walki z deszczem wciskającym się każdą szczeliną pod kurtkę i wiatrem, który spychał nas wraz z rowerami z drogi.

Na samą kulminację tajfunu zdążyliśmy się schronić i razem z innymi motocyklistami oraz japońskimi turystami utknąć na trzy dni pomiędzy zamkniętymi trasami z powodu zalanych dróg i osuniętej ziemi. Chcąc dojechać do Sapporo musieliśmy skorzystać z objazdu, co oznaczało dla nas przejechanie 90 km przez góry, zamiast 30 km wzdłuż wybrzeża tunelami. Szczęśliwie, w kolejnych dniach mocny wiatr odpuścił, a nawet udało nam się skorzystać ze słonecznych dni w Sapporo trafiając na festiwal piwa organizowany na stoku narciarskim, który latem wykorzystywany jest jako teren piknikowy. Ostrzeżeń o tajfunach nie należy ignorować, drogi bywają zamknięte przez kilka dni, silny wiatr przewraca drzewa, niszczy domy, a rowerzyści tym bardziej są narażeni na takie niebezpieczeństwa. W Japonii warto pytać się o schronienie właśnie w punktach michi-no-eki, a nawet na posterunku policji, czy budynkach straży pożarnej, jeśli zaistnieje taka potrzeba. Są to rady których udzielił nam znajomy japoński strażak, a z których na szczęście nie musieliśmy korzystać.

Wulkany warte Unesco

Japonia, biorąc pod uwagę czynnik ludzki, jest bardzo bezpiecznym krajem, mieszkańcy szanują nawzajem swoją prywatność, a kradzieże i przestępstwa są na nadzwyczajnie niskim poziomie. Stąd tak łatwo było nam znaleźć miejsce na rozbicie namiotu, czy pozostawienie roweru na pół dnia, nawet ze wszystkimi sakwami pod sklepem, muzeum, czy innym budynkiem. Zabieraliśmy ze sobą zawsze dokumenty i pieniądze, a rowery spinaliśmy zabezpieczeniem, ale sakw już przecież na klucz nie da się zamknąć i nigdy nie przytrafiła się nam przykra sytuacja. Za ten ludzki szacunek i uprzejmość można Japonię prawdziwie pokochać!

Unesco Geopark wokół jeziora Toya i wulkanu Usu są takim rejonem, gdzie pomiędzy punktami można przemieszczać się rowerem, ale do części miejsc trzeba udać się pieszo, zostawiając swój dobytek i dwa koła za sobą. Odwiedzenie jeziora Toya i wulkanu Usu było dla nas prawdziwą lekcją geografii. Usu jest jednym z najbardziej aktywnych wulkanów w Japonii, który od roku 1663 regularnie uaktywnia się co około 25-50 lat, wybuch w 1977 roku wyrzucił chmury dymu i popiołu na wysokość 12 km ponad krater wulkanu. Podczas ostatniej erupcji z 2000 roku udało się ewakuować wszystkich mieszkańców na czas, a zniszczone budynki i drogi stały się obiektami, które można dziś oglądać aby przekonać się o niszczycielskiej sile wulkanów. Natura powoli odbiera je człowiekowi i z roku na rok, poniszczone drogi, budynki i samochody zarastają drzewami, choć rejon jest cały czas bardzo aktywny i na zboczach widać ulatniające się siarkowe wyziewy, przypominające, że pod skorupą ziemi cały czas dzieje się coś, czego człowiek nie może do końca odkryć, ani przewidzieć. Japończycy na wszystkich wyspach współistnieją z naturą, respektują ją i wiedzą, że nie można zapobiec większości wydarzeń, choć niestrudzenie próbują łagodzić ewentualne skutki kolejnych kataklizmów budując zapory zatrzymujące lawiny błota spowodowane przez wybuchy wulkanów i fale tsunami, czy tworząc architekturę odporną na trzęsienia ziemi.

P.S. Znalazłam fajną animację w internetach o okolicznościach powstania Showa Shinzan: http://www.nfb.ca/film/showa_shinzan/

Jeziora, oczka naszych wspomnień

Wspomniany wcześniej Geopark mieści w sobie kalderowe jezioro Toya, powstałe w miejscu ogromnego wybuchu wulkanu, a na środku którego wypiętrzyły się cztery wyspy. Jest to niesamowicie urokliwe miejsce, z krystaliczną, czyli ubogą w sole odżywcze i plankton, wodą. Latem odbywają się tam co wieczór pokazy sztucznych ogni, które Japończycy uwielbiają. Jest w tym jeziorze coś takiego, co czyni je wyjątkowym, może jego praktycznie idealny, okrągły kształt, może to przejrzystość wody i zielone wyspy na środku, sama do końca nie wiem, ale trudno oderwać od niego wzrok.

Będąc w temacie jezior, z chęcią polecilibyśmy jeszcze dwa miejsca: jezioro Kanayama oraz jeziora w Parku Onuma. To pierwsze jest zacisznym miejscem, o spektakularnej zieleni wokoło, a jadąc z Tomakamai do Daisetsuzan, warto zjechać te kilka kilometrów z trasy by spędzić tam nocleg lub dłużej odpocząć. Nie jest to jezioro opisywane w przewodnikach, nie poznaliśmy genezy jego powstania, ale jest miejscem, które barwi nasze wspomnienia na kolor pięknego granatu deszczowych chmur, dzikiej zieleni i szarości kamieni w przejrzystej wodzie.

Park Onuma, czyli większe jezioro Onuma i mniejsze Konuma, ma za to wszystko to, czego mogą poszukiwać podróżni spragnieni turystycznej infrastruktury. Ten prawie-park narodowy (oznaczony jako Quasi National Park) położony jest w sąsiedztwie wulkanu Komagatake, tworzącego idealną scenerię pamiątkowego zdjęcia – w punktach widokowych czeka się niemalże w kolejce na ujęcie z takim widokiem. Fenomenem jezior są liczne małe wyspeki, połączone ze sobą mostami oraz występująca tam lilia wodna o pięknych białych kwiatach. Japończycy kochają miejsca urocze, Onuma przyciąga więc randkowiczów swoją romantyczną atmosferą. Dla zainteresowanych urozmaiceniem randki, do wypożyczenia są łódki łabędzie, wieloryby i rekiny, rowery wodne oraz standardowe łódki z wiosłami. Zabrzmieć to mogło groteskowo, ale naprawdę warto przejść wszystkie wyznaczone ścieżki przy jeziorach, bo część z nich jest mało uczęszczana i równie piękna co tej najbardziej oblegane.

Na Hokkaido spędziliśmy ponad miesiąc, a objechaliśmy niecałą połowę zachodniej części wyspy. Myślę, że można by kolejne dwa miesiące zwiedzać rowerem dalsze parki narodowe, jeziora i może doczekać się otwartych szlaków latem w górach i dyni jesienią. Ta wyspa Japonii utkwiła nam w pamięci jako najbardziej zielona i dzika, gdzie nie spotyka się wielu ludzi, bo życie w jej odległych zakątkach bywa zbyt trudne. Nic więc dziwnego, że pomimo swojego dużego obszaru, mieszka tam tylko pięć procent ludności Japonii.

Następny Post

Komentarze

© 2020 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén