I.Seoul.U

Podobnie jak przed przyjazdem do Tokio, tak i przed wjazdem do stolicy Korei Południowej mieliśmy wiele mieszanych uczuć i obaw. Seul, wraz z przyległymi satelitami, jest metropolią NAJ – jedną z najbardziej rozwiniętych, największych, najbardziej zatłoczonych, najbogatszych na świecie. Znów ciarki nas przechodziły na myśl o przebijaniu się miedzy luksusowymi samochodami w cieniu szklanych wieżowców i błądzeniu po niekończących się zawijasach dróg. Wiadomym jest także, że to miasta, a zwłaszcza stolice, generują najwięcej kosztów, co mimo wszystko jest dla nas dość istotne. Zjeżdżając z gór i widząc majaczące w oddali zarysy budynków, zatrzymaliśmy się by wziąć głęboki oddech i ruszyć w paszczę koreańskiego smoka…

Seul nas wciągnął, ale jak w przypadku Tokio, bardzo pozytywnie. Miasto to jednak stopniowo odkrywało swoje uroki, a my na początku z pewną rezerwą poddawaliśmy się temu co oferuje, a jak się okazało jest tego naprawdę sporo.
Do stolicy wjechaliśmy zadziwiająco łatwo, bo cały czas poruszaliśmy się wzdłuż rzeki Han, która przepływa także przez miasto. Ciężko określić jego początek ze względu na obszar i rozlewające się dookoła miasta satelity. Zdecydowanie jednak odczuliśmy zbliżanie się do tak zwanego centrum przez rosnącą liczbę rowerzystów i różnorodność jaka zaczęła panować na drodze rowerowej i przylegających do niej terenów nad rzeką. Ten temat nadaje się na osobny wpis, ale nie sposób nie wspomnieć o tym, jak Koreańczycy spędzają wolny czas w wielkim mieście, tym bardziej że zawitaliśmy do Seulu w weekend.
Początkowe wyobrażenia o zatłoczonej, głośnej i zabieganej metropolii przyćmiły sielankowe widoki wspaniale zagospodarowanych terenów nadrzecznych i wypoczywających tam tłumnie ludzi. Ławki, stoły, wiaty, podesty, place zabaw, siłownie, sklepy, kawiarnie, a między tym setki namiotów z pełnym biwakowym ekwipunkiem.

Poczuliśmy się jak na wielkim kempingu, a nie jak w centrum wielkiego miasta. Podekscytowani tym widokiem stwierdziliśmy, że jest to idealne miejsce na nocleg, a nasz namiot i my sami zginiemy w tłumie Koreańczyków zajętych rozpalaniem grilla. Ruszyliśmy więc w głąb miasta w poszukiwaniu marketu, by uzbroić się w nasz biwakowy zestaw. Szybko jednak musieliśmy uzbroić się w cierpliwość lawirując między nerwowymi kierowcami taksówek i autobusów. Poza rzeką ruch rowerowy praktycznie nie istnieje i rzeczywiście przez cały nasz pobyt w Seulu nie widzieliśmy zbyt wielu rowerzystów poruszających się poza głównymi szlakami, nie wspominając o korzystaniu z rowerów jako codzienny środek lokomocji, co było normalne chociażby w równie sporym Tokio. Nasz plan jednak wykonaliśmy i zadowoleni wpasowaliśmy się między inne namioty. Musielibyście zobaczyć nasze zdziwione miny, gdy po przebudzeniu się kolejnego poranka okazało się, że jesteśmy zupełnie sami! Co ciekawe, jeszcze bardziej zaskoczeni byli poranni spacerowicze, jakby pierwszy raz widzieli w tym miejscu namiot.

Seul ze względu na swoje położenie nad jedną z głównych rzek oraz w otoczeniu gór, stał się strategicznym miejscem. Historia miasta sięga ponad 2000 lat, a jako stolica ponad 600 lat. Burzliwe wydarzenia związane z okupacją japońską, dotkliwe zniszczenia podczas wojny koreańskiej oraz bardzo nagły wzrost gospodarczy w latach 60tych przełożyły się na dzisiejszy wygląd miasta. To co zdecydowanie rzuca się w oczy to morze wysokich apartamentowców, nowoczesnych biurowców, centrów handlowych pokrytych neonami, estakady pnące się nad chodnikami i tysiące ludzi. W tej zwartej masie można jednak znaleźć wiele miejsc, które niczym oazy przenoszą Cię w inny świat. Do takich miejsc zdecydowanie należy pięć pałaców zbudowanych podczas panowania dynastii Joseon (1392-1897). My odwiedziliśmy dwa z nich – Gyeongbokgung, główną rezydencję królewską oraz Changdeokgung, drugą królewską siedzibę wraz z przylegającym, okazałym, naturalnym ogrodem. Odrestaurowane budowle wraz z licznymi, imponującymi bramami, pawilonami, salami i dziedzińcami pokazują historyczne oblicze Korei, która zdaje się aktualnie mocno akcentować swoją tożsamość kulturową. Trzeba przyznać, że okazałe muzeum folku na terenie pałacu, wraz z wieloma i bardzo dobrze przygotowanymi ekspozycjami w ciekawy sposób pokazywało różnorodność i przeszłość tego kraju. Tak jak w Japonii widywaliśmy ludzi przebranych w kimona, tak tutaj można spotkać Koreańczyków ubranych w tradycyjny strój hanbok swobodnie przechadzających się między pałacami. Swoją drogą zastanawialiśmy się jakie reakcje wywoływaliby turyści przechadzający się w Poznaniu w stroju bamberskim, czy w Krakowie w stroju krakowskim.

Nie jesteśmy może wielkimi znawcami architektury czy sztuki i nie należymy do osób, które mogą intensywnie, całymi dniami podziwiać zabytki, ale jednej rzeczy możemy się dać pochłonąć – muzyce! Już w Japonii wiele razy pytaliśmy o tradycyjną muzykę, koncerty czy festiwale, ale zima oraz częste przemieszczanie się nie sprzyjały zgłębianiu muzycznych tajników. Spragnieni akustycznych doznań trafiliśmy do Seulu w idealnym momencie, gdzie rozpoczynała się 4 edycja Royal Culture Festival. Program wydarzenia obejmował szereg wystaw, pokazów, reprodukcji historycznych i wycieczek odbywających się w 4 pałacach oraz świątyni Jongmyo. To co jednak najbardziej przykuło naszą uwagę to koncerty. Bez zastanowienia ułożyliśmy sobie plan dnia pod dwa wydarzenia – koncert wraz z pokazem tańca odbywający się przy ogrodach pałacu Changdeokgung oraz nocny koncert tradycyjnej orkiestry z miasta Gwangju, który miał miejsce w głównym pawilonie (gdzie odbywały się najważniejsze bankiety podczas panowania dynastii Joseon) pałacu Gyeongbokgung. Tradycyjna muzyka, niosąca ze sobą wiele emocji, odbierana w tak wspaniałej scenerii uwolniła w nas ukryte do tej pory pokłady muzycznych endorfin 🙂

Pozostając w tradycyjnym klimacie można udać się na spacer do pobliskiej dzielnicy, Bukchon Hanok Village. W miejscu tym zachowały się dziesiątki tradycyjnych domów, zwanych hanok, pamiętające jeszcze czasy dynastii Joseon. Dzisiaj, wciąż zamieszkiwana wioska stanowi jedną z głównych, historycznych atrakcji miasta, a wiele budynków pełni funkcję galerii, kafejek, sklepików z lokalnym rękodziełem, czy małych centrów kultury, w których prowadzone są warsztaty i spotkania na temat historii i koreańskiej kultury. Jest to chyba jedno z najbardziej obleganych i ulubionych miejsc do fotograficznych sesji w Seulu, mimo wszystko warto zobaczyć i poczuć jak historia przeplata się tam z nowoczesnością.

Skoro już zmierzaliśmy w stronę nowoczesności nie mogliśmy trafić nigdzie indziej jak na… Gangnam! Oczywiście, że kojarzyliśmy dzielnicę tylko dzięki przebojowi „Gangnam Style” z 2012 roku, który zrobił światową furorę i jako pierwszy z gatunku k-pop znalazł się na szczycie listy iTunes. W ogóle nie jesteśmy fanami tego typu muzyki i ciężko nam zrozumieć ten fenomen (o, na przykład taki), ale naprawdę jeszcze trudniej jest przejść obok tego obojętnie 😉

Dzielnica Gangnam jest symbolem mody i luksusu. Pełno tutaj nowoczesnych domów handlowych, butików, centrów targowych, instalacji sztuki współczesnej. Mieliśmy w planach pochodzić po dzielnicy w poszukiwaniu futurystycznych budynków, ale taki komfort i przepych chyba jednak nie są dla nas. Za to festiwal piwa już jak najbardziej 🙂 Obok tego równie nie sposób było przejść obojętnie, zwłaszcza że craftowe piwa są zarówno w Korei jak i Japonii bardzo drogie, a niecodziennie zdarza się okazja delektowania się smakiem porządnej IPY czy stouta. Tematem chmielowego napoju byliśmy tym bardziej zainteresowani, gdyż po pobycie w Seulu mieliśmy zmierzać na mały wolontariat, między innymi przy świeżo powstającej uprawie chmielu. Zrobiliśmy więc wywiad, zacieśnialiśmy więzy z browarnikami i degustowaliśmy lokalne przysmaki. I uwierzcie, po wypiciu takich wspaniałych piw nawet koncert k-popu w deszczu wydaje się być super atrakcją 🙂

Seul dla nas to jednak nie tylko miasto z jego atrakcjami, ale przede wszystkim spotkania ze wspaniałymi ludźmi, którzy oprócz pomocy oferowali nam swój czas. Sklep rowerowy BikeLy, bo od tego miejsca się wszystko zaczęło, otworzył dla nas swoje drzwi. Nie dość, że właściciel zorganizował prezentację, podczas której mogliśmy opowiedzieć koreańskim rowerzystom o Polsce, to jeszcze zapewnił nocleg u swoich znajomych, ale o tym za chwilę.
Opowiadanie o Polsce i spotkanie okazało się być bardzo ciekawym doświadczeniem, podczas którego zmieniliśmy nieco wyobrażenia o naszym kraju, zwłaszcza że grupa 9 rowerzystów już niebawem wyruszy z Paryża do Moskwy przejeżdżając między innymi przez Polskę. My sami z pewnym sentymentem i radością spoglądaliśmy na zdjęcia naszego różnorodnego, pięknego kraju.
Będąc też w miejscu specjalizującym się w rowerach touringowych, oddaliśmy w dobre ręce nasze jednoślady, które po fachowym przeglądzie mogą pokonywać kolejne kilometry.

Dzięki BikeLy trafiliśmy za Seul, do spokojnej wioski położonej w otoczeniu gór i lasów, gdzie przy akompaniamencie żab mogliśmy się zrelaksować, przygotować prezentację i razem z poznaną, zapaloną cyklistką Misun zwiedzać okolicę.
Na dwa dni też przenieśliśmy się do centrum stolicy, do artystycznej koreańskiej rodziny, która pierwszy raz gościła obcokrajowców i nie wiemy kto był tym faktem bardziej przejęty 🙂 Nie mogliśmy lepiej trafić, bo Kim, artysta, miłośnik gór i tradycyjnej muzyki zabrał nas na wspaniały trekking po Parku Narodowym Bukhansan. Sami na pewno nie weszlibyśmy aż tak w głąb parku i ograniczylibyśmy nasz spacer do zobaczenia murów miasta przylegających do gór. A z murami wiążą się bardzo ciekawe historie, które poznaliśmy także poprzez wizytę w kolejnym świetnie przygotowanym muzeum, Muzeum Murów Miasta Seul (Seoul City Wall Museum). Budowane od 14 wieku mury okalające stolicę oraz liczne imponujące bramy, po wielu zabiegach restauratorskich są dzisiaj dumą i wizytówką miasta, przy których wytyczone zostały szlaki turystyczne.

Wracając do Parku Narodowego Bukhansan, należy wspomnieć, że leży on w granicach 25 milionowej metropolii i pod samo wejście na szlak można dojechać metrem, nic więc dziwnego że jest to jeden z najtłumniej odwiedzanych parków narodowych na świecie. Główną atrakcją parku są granitowe skały i liczne drogi wspinaczkowe oraz wspomniany odcinek zabytkowych murów. My mieliśmy jednak szczęście i nie natrafiliśmy na tłumy Koreańczyków (którzy kochają trekking i wszelkie pikniki w tak zwanych miejscach widokowych), więc mogliśmy spokojnie delektować się otoczeniem i chwilą wytchnienia od miejskiej dżungli 🙂

Życie w tak ogromnym mieście z pewnością nie jest łatwe i tanie, a my widzieliśmy tylko malutką część i to z zupełnie innej perspektywy. Mimo wszystko Seul wywarł na nas pozytywne wrażenie, przynajmniej jako miejsce turystyczne. Warto wspomnieć, że wbrew pozorom zwiedzanie tej aglomeracji nie zostawia pustego portfela. Ogromna konkurencja robi też swoje, więc ceny noclegów, jedzenia, atrakcji turystycznych i transportu są całkiem przystępne, a miasto ma naprawdę wiele do zaoferowania. Kto wie, może tu jeszcze kiedyś wrócimy. Póki co pożegnaliśmy Seul spędzając kolejną, wspaniałą noc w naszych ulubionych „miejscach kempingowych” nad rzeką 😉

Piorun

Następny Post

Poprzedni Post

1 Komentarz

  1. Krzysztof 20 maja 2018

    Jak zwykle tekst robi wrażenie. Potraficie przekazać emocje. Dzień z.

Komentarze

© 2018 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén