Jeju-do – skarb Korei Południowej

Może zagotuje się Wam krew w żyłach, gdy napiszę, że udaliśmy się na wakacje, wypoczynek, od naszej podróży. Nie nazywamy naszego wyjazdu wakacjami, ale życiem, które toczy się inaczej niż poprzednio, więc urlop też nam się należy, prawda? Kto jeszcze czyta dalej, zobaczy piękną wulkaniczną wyspę Jeju, leżącą na południe od Półwyspu Koreańskiego, która jest tłumnie odwiedzana przez Koreańczyków i zagranicznych turystów. Połączenie lotnicze na trasie Seul – Jeju jest jednym z najbardziej obleganych na świecie! Samoloty startują i lądują tam dosłownie co pięć minut, wiemy co piszemy, bo spaliśmy dwa razy w okolicach lotniska w namiotach, na całe szczęście ruch lotniczy uspokaja się nocą. Podczas gdy na lotnisku są rzeczywiście widoczne tłumy ludzi, to w ogóle nie mieliśmy takiego odczucia zwiedzając wyspę. Może mocne deszcze odstraszyły turystów, albo my chodziliśmy innymi ścieżkami…

Opowieści o wyspie Jeju są z nami od początku pobytu w Korei Południowej. Rowerzyści napotkani na trasach, pytali, czy się tam wybieramy, inni opowiadali o urokach wyspy, a do tego widzieliśmy wiele produktów spożywczych i kosmetyków ze składnikami stamtąd pochodzącymi. Najtańszą opcją dostania się na wyspę jest lot z Seulu, co skrupulatnie sprawdził nasz znajomy Maciej, który przyleciał do nas z odwiedzinami i polskimi smakołykami (oczywiście!). Od grudnia, odkąd wyjechaliśmy, nie spotkaliśmy żadnego Polaka, więc poza sporadycznymi rozmowami przez internet z rodziną i znajomymi, nie mieliśmy okazji odezwać się do nikogo innego oprócz nas samych w ojczystym języku 🙂 Tak więc, zwarci i gotowi, w trójkę, wyruszyliśmy na nasz wspólny urlop w klimacie podzwrotnikowym.

Jeszcze w Seulu, relaksujemy się nad rzeką, plecaki gotowe na wylot na Jeju.

Dobrym miejscem do odwiedzenia w deszczowy dzień jest na pewno jaskinia 🙂 Na Jeju odkryto wiele kilometrów lawowych korytarzy, część niestety nie jest dostępna dla zwiedzających, ale zobaczyć można kilometrowy odcinek w jaskini Manjanggul, wpisanej na listę UNESCO, z najwyższą znaną na świecie, 8-metrową, lawową kolumną oraz innymi lawowymi formami. Mrok i zło, w czarnym tunelu tak właśnie się czuliśmy! Ciekawie było obserwować te wszystkie kształty powstałe po zastygłej lawie, poziome warstwy na ścianach, zacieki na suficie, podłoga, która wyglądała jak bulgoczące błoto.

Gdy wpiszecie w wyszukiwarkę hasło ‚wyspa jeju korea’, na połowie zdjęć będzie tak zwany ‚Szczyt Wschodzącego Słońca’. Jest to niesamowity wygasły wulkan o nazwie Seongsan Ilchulbong, z zarośniętym kraterem w kształcie ogromnej misy. Oczywiście, że chcieliśmy go zobaczyć i oczywiście, że poszliśmy nad krater. Jednak Seongsan Ilchulbong stał się dla nas swoistą lekcją pokory, bo deszczowe chmury i mgła przysłoniły cały widok! Ledwo siebie nawzajem mogliśmy dostrzec na schodkach prowadzących pod górę, a co dopiero krater. Niestety, nie widzieliśmy z wulkanu absolutnie nic. Za to u podnóża góry jest wspaniała wulkaniczna plaża, z zejściem nad morze i imponującym klifem, gdzie spędziliśmy trochę czasu, gdy akurat przestało lać.

Symbolem Jeju jest Dolharubang, nazywany przez nas Kamiennym Dziadem. W rzeczywistości jest to urocza postać o wypukłych oczach i widocznych dłoniach, ze swoistym nakryciem głowy, wykonywana z wulkanicznej, porowatej skały. Dolharubang zdobi i chroni całą wyspę, działa jako ochrona przez złymi mocami , stawiany kiedyś przy wejściu do wsi, dziś jest powielany na wszystkich pamiątkach i motywach dotyczących Jeju.

Jak na rajską wyspę przystało, muszą znajdować się tam też okazałe wodospady; są rzeczywiście piękne, na wyspie jest ich wiele, my zobaczyliśmy akurat dwa. Były to Jeongbang i Cheonjiyeon, położone na południowym wybrzeżu wyspy, oddalone od siebie o kilka kilometrów wartych złapania autostopa. Jak to my, musieliśmy trochę posiedzieć, popatrzeć, skomentować, wczuć się w klimat miejsca, ale nie jest to koreański styl zwiedzania! Tam każdy dobiega do najbliższego punktu ‚atrakcji’, strzela selfie i z selfie kijkiem, jak z magiczną różdżką, biegnie dalej 🙂 Nie w smak im gdy ktoś na punkcie widokowym zajmuje centralne miejsce podziwiając otoczenie. Taka osoba zostaje natychmiast przegoniona przez hałaśliwą grupę turystów, jakby robiła coś nieodpowiedniego. Stanąć z boku i popatrzeć co się dzieje, to też była dla nas rozrywka, zwłaszcza, że ‚aktorzy’ zmieniali się w mgnieniu oka.

Również na południowym wybrzeżu wyspy znajduje się klif Jusanjeolli, którego bazaltowa masa tworzy czarne spękane kolumny. Skały mają do 25 metrów wysokości i rozciągają się na długości 2 kilometrów pomiędzy miejscowościami Jungmun i Daepo, powstały na skutek szybkiego obniżenia temperatury stygnącej lawy. Widzieliśmy podobne formy w Irlandii, na Grobli Olbrzyma, ale tutaj były one czarne, wulkaniczne, powiedziałabym, że bardziej dramatyczne, może pogoda potęgowała takie odczucia, gdy wiatr pchał fale na ciemną ścianę geometrycznych filarów.

Najwyższym szczytem Korei Południowej jest Hallasan, uśpiony wulkan o wysokości 1950 m, leżący w samym centrum wyspy i sercu Parku Narodowego Hallasan, również figurujący na liście UNESCO. Na sam szczyt się nie wybraliśmy, ale przeszliśmy z południa na północ parku szlakami Yeongsil i Eorimok. Trasy są przygotowane na 150% w stylu koreańskim, wszędzie podesty i schody, ławeczki, tarasy widokowe, co czyni wędrówkę bardzo przyjemną, ale na pewno nie przypomina dzikiej bieszczadzkiej przygody 🙂 Przyroda jest tam jednak wyjątkowa, a widoki zapierają dech w piersi, wiosenna odsłona parku Hallasan z pięknie kwitnącymi kwiatami zrobiła na nas duże wrażenie. Choć na początku dnia wcale nie zanosiło się na przejaśnienia, bo znowu brodziliśmy we mgle i chowaliśmy się pod parasolami, to udało nam się spędzić kilka słonecznych chwil na szlaku.

Nie był to pierwszy raz, gdy otrzymaliśmy bezinteresowną pomoc od obcych ludzi, a każdy z takich momentów wart jest wspomnień i dobrego słowa. W Parku Hallasan, gdy pod koniec dnia szukaliśmy miejsca na rozbicie namiotu (a w samym Parku jest to zabronione) zapytaliśmy przypadkowych Koreańczyków, czy możemy gdzieś w pobliżu rozbić namiot. Nie dość, że spaliśmy u tej przemiłej pary w cudownym ogrodzie w środku lasu, to jeszcze zostaliśmy zaproszeni na przepyszne mandarynki, kawę i pieczone ziemniaki. Na pamiątkę dostaliśmy chusty na szyję z Jeju i życzenia pomyślnej drogi. I choć tak wiele nas dzieliło, to poczuliśmy się jak w domu, gdy mogliśmy razem posiedzieć przy kominku, obejrzeć zdjęcia rodziny i tak po prostu spędzić wspólnie te kilka chwil. Nie są ważne różnice, ale chęć pomocy i bycie dobrym człowiekiem. Jeju i wszystkie spędzone na tej wyspie chwile zapisały się już w naszych sercach na dobre 🙂

Następny Post

Poprzedni Post

5 Comments

  1. Daniel 10 maja 2018

    Ile zapłaciliście za bilet Seul – Jeju?

    • Podróżozbiór 12 maja 2018 — autor

      Około 280 zł w dwie strony, w cenie duży i podręczny bagaż. Linie Air Jeju.

  2. AniaM 11 maja 2018

    Pięknie! Pierwsze zdania faktycznie prowokujące ale po wstępnym oburzeniu warto czytać dalej
    Pozdroski dla was!

  3. Turystka 15 maja 2018

    Siostra wróciła nie dawno z Korei niestety jej się nie udało odwiedzić jeju podeślę jej wasz wpis żeby zobaczyła co straciła.

    • Podróżozbiór 16 maja 2018 — autor

      Hehhee. Uprzejmie jej doniesiesz, że pominęła taką perełkę 🙂 Na pewno zobaczyła, inne, ciekawe miejsca 🙂 Korea ma wiele do zaoferowania, trzeba tylko potrafić docenić, zrozumieć i otworzyć oczy. Ale fakt, faktem, że Jeju jest wyjątkowe!

Komentarze

© 2018 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén