Ka jak rower, część 2 – czyli o co chodzi z tą majówką

Majówka, słowo w Polsce niemalże mityczne, u każdego wywołuje emocje, z przewagą tych pozytywnych. Starsi mieszkańcy naszego kraju wspominają i kojarzą majówki przede wszystkim z potocznie zwanym Świętem Pracy (dzisiaj Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy), podczas którego tłumnie brano udział w pochodach, manifestacjach, demonstracjach. Tradycje w sumie się podtrzymuje, zmieniła się tylko frekwencja i motywacja.
Majówka to także Święto Narodowe Trzeciego Maja, uznane za święto już 5 maja 1791 roku (tuż po uchwaleniu konstytucji) z różnymi perypetiami obchodzone do dzisiaj.
Pomiędzy tymi dwoma dniami, pojawiło się całkiem niedawno kolejne święto, Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej, równie chętnie celebrowane.

To majowe triduum zapisało się na stałe w historii naszego kraju. Te zróżnicowane dni łączy z pewnością jedno, wolność w szerokim tego słowa znaczeniu, ja jednak chciałbym się skupić na tej oznaczającej…dni wolne od pracy!
Tak moi drodzy, nie ma się co oszukiwać, przecież każdy wie, że tu się także o to rozchodzi. O te nie tylko 3 (bo przecież 2 maja, tak pośrodku…), ale i 4, 5, ba, nawet i 7 dni urlopu jak się dobrze grafik ułoży!
Majówka to idealny czas, żeby skubnąć tych parę dni, odpocząć od pracy, świętować, każdy na swój własny sposób.
Majówka to czas masowej emigracji, tej widocznej poprzez zatłoczone autostrady, wypełnione pociągi, rosnące ceny połączeń lotniczych. To także emigracja wewnętrzna, ta mentalna, polegająca na wycofaniu się nieco z życia publicznego, zaszyciu gdzieś w lesie i skupieniu na sobie.

W ogóle nie ukrywamy, że zawsze z niecierpliwością czekamy na majówkę i jak statystyczny Polak już rok wcześniej sprawdzamy w jakich dniach tym razem wypadnie ten długi weekend. Gdy już zaplanujemy grafik, emocjonujemy się wyszukiwaniem (zazwyczaj dość spontanicznie) miejsca, rejonu, który moglibyśmy odwiedzić. Nie inaczej jest tym razem, już za dwa dni ruszamy  w nowy, nieznany nam kierunek, ale o tym nieco później. Nawiązując jeszcze do historii, dla nas majówki już właściwie do niej przechodzą, ze względu na niepisaną tradycję naszych wyjazdów. Dwa lata temu, pierwszy raz wspólnie ruszyliśmy rowerami do Drawieńskiego Parku Narodowego, o czym pisaliśmy tutaj. Jazda wzdłuż rzeki okazała się na tyle trafionym pomysłem, że w zeszłym roku postąpiliśmy podobnie pedałując w okolicach rzeki Brdy. Możecie się więc domyślać, jak spędzimy tegoroczną majówkę 🙂

Zielone i w drogę!

Brda, zwana królową kujawsko–pomorskich rzek, ciągnie się na długości 238 km, z czego spławne jest aż 210 km. Co ciekawe, dolny fragment rzeki jest częścią międzynarodowej drogi wodnej E70, która łączy Antwerpię w Belgii z Kłajpedą na Litwie (kolejny ciekawy pomysł na dłuższą wycieczką rowerową, tudzież kajakową).
My zaczęliśmy naszą majówkową migrację dojeżdżając sprawnie (sprawnie upychając rowery w zatłoczony pociąg) do Bydgoszczy, by rozpocząć trasę niemalże od samego ujścia rzeki, kierując się na północ w stronę Tucholskiego Parku Krajobrazowego. Mile zaskoczeni rowerową infrastrukturą, pędziliśmy przed siebie, by skręcić w końcu w las i już leniwie rozkoszować się ciszą i coraz bardziej zazieleniającym się otoczeniem.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jedziecie cały dzień słuchając pojawiających się na wiosnę ptaków, niespiesznie delektując się jazdą w lesie, rozmowami i wspólnie spędzanym czasem. Docieracie do miejsca, w którym chcecie rozbić namiot, a tam gwar, muzyka, brzdękające butelki, jakby czar nieco prysł. Wjeżdżając na miejsce biwakowe niedaleko Tucholi od razu zostaliśmy zauważeni przez grupę rowerzystów, Panów w nazwijmy to średnim wieku, którzy z entuzjazmem zaczęli nas raczyć swoimi opowieściami i równie chętnie częstować piwem, a zapach unoszący się wokół nich świadczył o niejednym wypitym już po drodze. Naprawdę lubimy towarzystwo i zimne piwko, spędzać bardziej rozrywkowo czas, doceniamy też wszelkie formy aktywności sportowej, ale są takie chwile kiedy masz ochotę po prostu odciąć się od ludzi. Przede wszystkim nie lubimy jak ktoś stara się narzucać swój sposób bycia. I naprawdę nie bawią mnie już opowieści prawdziwych mężczyzn, o ich prawdziwych męskich przygodach i litrach wypitego po drodze alkoholu. Dyplomatycznie podziękowaliśmy więc za propozycję rozbicia niedaleko namiotu i ryzykując ruszyliśmy w mijane wcześniej miejsce biwakowe, z nadzieją na nieco łagodniejsze towarzystwo w myśl zasady:

„Mały Spacer zdecydowanie lepiej nadaje się do odbycia przyjacielskiej pogawędki niż Wyprawa Całą Bandą”

 „Mały Ponurnik Kłapouchego” w przekładzie i adaptacji Eweliny Jagła

🙂 Czasem zastanawiam się nad szczęściem jaki nad nami czuwa. Okazało się, że znów była to idealna decyzja, gdyż na wspomnianym miejscu biwakowym byliśmy przez całą noc zupełnie sami. Korzystaliśmy więc do woli z dobrze przygotowanej infrastruktury, typowej dla obszarów dogodnych dla kajakarzy. I nie ma nic piękniejszego (no pewnie i jest, ale wówczas o tym nie myśleliśmy) niż zwieńczenie dnia grzankami z ogniska i spokojną nocą przy delikatnym szumie rzeki.

No dobrze, miało być o rzece i urokach jazdy wzdłuż niej. Nasze wyjazdy w takie rejony charakteryzuje różnorodność pokonywania drogi. Dwa lata temu nad Drawą nie obyło się bez błądzenia, pchania rowerów na szczyty wysokich brzegów, czy przenoszenia jednośladów z dobytkiem przez grząskie kanały. To jeszcze nic co przytrafiło się nad Brdą, odcinków specjalnych było co niemiara!
Już kawałek za Bydgoszczą, gdy wjechaliśmy do lasu trafiliśmy na przeorany pas ziemi i to na samym szlaku. Czy to był pas startowy UFO, czy ruchome zabójcze piaski, a może tor wyścigowy saren? Kwestie te do dziś są niewyjaśnione. Po wstępnych oględzinach ruszyliśmy by przebić się bokiem na koniec tej trasy; odcinek specjalny numer jeden został przejechany. Wciąż oddani analogowym mapom niejednokrotnie dumaliśmy przy często rozwidlających się ścieżkach, zawsze jednak dojeżdżaliśmy do wyznaczonego celu. Celem oczywiście była rzeka, a rzeka jak to ona, płynie sobie często otoczona całkiem wysokimi brzegami, które dla rowerzystów takich jak my są nie lada przeszkodą. Wespół zespół poradziliśmy sobie jednak i z tym urozmaiceniem.

W przypadku spływu kajakowego sprawa jest w miarę prosta, płyniesz wciąż przed siebie i ewentualnie omijasz lub przenosisz kajak przez przeszkody. A co gdy jedziesz rowerem, nagle droga się urywa, przed tobą wysoka skarpa i szeroka, rwąca rzeka?! Przepłynąć wpław i szukać ratunku na drugim brzegu? Wyrzucić sprzęt, nadmuchać sakwy i próbować pokonać rzekę z rowerem? Rozpędzić się i iść na żywioł? Spokojnie, do dzisiaj funkcjonują tam promy, które transportują okolicznych mieszkańców i turystów, obyło się więc bez zatapiania dobytku albo zawracania. Na drugim brzegu rzeki wcale nie było łatwiej, może tym razem nie ruchomych, ale piasków były znów kilometry. Okolice Brdy nas nie zawiodły i nie mogliśmy narzekać na brak urozmaicenia.

Ze względu na ograniczony czas, do samego Parku Narodowego Borów Tucholskich nie dojechaliśmy, jednak już odcinek między Bydgoszczą a Tucholą nam wiele zaoferował. Urozmaicona linia brzegowa Brdy (a tym samym nasza trasa), rezerwaty przyrody, szlaki wiodące przez lasy, w których chętnie odpoczywaliśmy i nabieraliśmy świeżego powietrza w płuca, czy dobrze przygotowana infrastruktura. To wszystko i masa pozytywnej energii złożyło się na kolejną, wspaniale udaną majówkę. Jeśli ktokolwiek ma dylemat czy płynąć kajakiem, czy jechać rowerem, podpowiadamy: jechać wzdłuż rzeki! 🙂

Piorun

Następny Post

Poprzedni Post

Komentarze

© 2017 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén