KOZĄ NA FIORD – ATLANTIC ROAD, NORWEGIA

Tani lot… Molde, Norwegia… a co tam jest? Atlantic Road? Jadę.

Może by tak rowerem? A może sama?

I tak oto przeszłam przyspieszony kurs rozkładania Las Estacas (to imię mojego old-schoolowego roweru) na części pierwsze, wymiany dętek, regulacji hamulców, niekończących się ćwiczeń pod tytułem: „spada mi łańcuch – co zrobić”, „nie mogę odkręcić – może kręcę w złą stronę?” etc… Koordynatorem działań był oczywiście Piorun, który wspierał mój pomysł od początku do końca i dopingował moje marzenia.

2

Mapa, sosy w proszku, garść kaszy, spora dawka dobrych chęci, ignorancja prognozy pogody i w drogę – mój pierwszy wyjazd w pojedynkę. Wiele razy wcześniej podróżowałam samotnie w myślach i budowałam uczucia, które mogą temu towarzyszyć, ale tak naprawdę nie zdecydowałam się nigdy na to by plany obrócić w czyn. Zabrakło może motywacji, może odwagi, a może własnego zdania. Wiem, że tydzień na rowerze w północnej Europie nie jest wyczynem na miarę nagrody Kolosa, ale biorąc pod uwagę potrzebną mobilizację, kumulację emocji i to jak można spojrzeć na siebie podczas takiego wyjazdu jest doświadczeniem absolutnie bezcennym.

„A jednak podróżowanie jest najgłębszym doświadczeniem przemijalności i zmiany oraz nieprzywiązywania się do szczegółu. To właśnie cecha, szczegół, jest sednem bezruchu, bo istota rzeczy ciągle się zmienia. Sytuacje z przeszłości, oglądane oczami podróżnego, często odkrywają nowe znaczenia.”

Olga Tokarczuk „Podróż ludzi księgi”

Moim wiernym towarzyszem podróży był deszcz i jeszcze raz deszcz, 3to była ta prognoza pogody w którą nie chciałam uwierzyć, a co ciekawe i sami Norwegowie w nią chyba nie chcą wierzyć. Codziennie widziałam prognozę pogody (na promie, campingu, stacji benzynowej) mówiącą o rozpogodzeniu dnia kolejnego… lepiej zrobiło się po pięciu dniach, uznałam więc, że jest to pewien sposób na walkę z depresją ludzi północy.

4


Dzień pierwszy: Molde – okolice Eide, 36 km. Nocleg w domku letniskowym.

Największym wyzwaniem tego dnia było złożenie roweru po przylocie i wyjęciu go z kartonu. Tak, aby można było na nim jechać 🙂 Przyjazna nowopoznana dusza, pracownik lotniska – Sven, udostępnił mi nie tylko zaplecze lotniska (z kompresorem włącznie!), ale podpowiedział gdzie znaleźć w Molde sklep sportowy, (miałam zamiar kupić camping gaz – uwaga, butle tam są gwintowane!) oraz zobowiązał się schować karton do transportu roweru w swoim biurze na kolejny tydzień. Bezmiar szczęścia.


Dzień drugi: Eide – Karvag/Bud, 70 km – Atlantic Road. Nocleg w Bud, camping.

Doświadczenie dnia poprzedniego kazało mi uruchomić kreatywność i podjęłam się „uszycia” kurtki przeciwdeszczowej, wodoodpornej w 100% i tym samym nieoddychającej w 100%. Niezawodne worki na śmieci (niebieskie – podobno to symbol niezawodności), nieśmiertelna taśma-klejąca-do-naprawy-wszystkiego, scyzoryk i kurteczka gotowa. Jeszcze odrobina folii stretch na buty, worki śniadaniowe na rękawiczki – byłam gotowa na podbicie Atlantic Road.

Atlantic Road jest trasą liczącą około 40 kilometrów, od miejscowości Bud do Karvag. Jej najbardziej spektakularny odcinek ma nie więcej niż 10 km, warto więc przejechać go dwa razy… zwłaszcza po to, by zmierzyć się z norweskimi wiatrami.

Atlantic Road

Jest to jedna z najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych Norwegii, uznana za jedną z najpiękniejszych dróg świata. Wdzierające się fale na mosty robią niesamowite wrażenie, a już na pewno większe na rowerzystach! Wjazd moją kozą na najwyższy most przyprawił mnie o łzy szczęścia i zawrót głowy, nie posiadałam się z radości…

Całą trasę z Karvag do Bud jechałam pod silny wiatr, oczywiście w mniejszym lub większym deszczu 🙂 Był to najbardziej wyczerpujący, ale też przynoszący najwięcej satysfakcji dzień.


Dzień trzeci: Bud – Molde, 75 km. Nocleg u couchsurferów.

Był to dzień poniekąd przełomowy. Zaczęłam rozmawiać z Las Estacas. Śpiewałam jej w kółko Wojenkę Lao Che i przeklinałam siarczyście deszcz. Pocieszałam się, że jak to dobrze, że tylko pada. Nie wiało, więc jechało się sprawnie. Gdyby nie fakt, że dojechałam na nieistniejący camping i musiałam zawracać spory kawałek drogi, to czekała mnie miła niespodzianka – wykorzystałam namiar na kolegę z Couchsurfingu w Molde, i choć miałam zamiar odwiedzić go na koniec wyjazdu, okazało się, że i tamtego dnia mogę u niego przenocować. Ciepły prysznic, suszenie ubrań, wspaniałe spotkanie, ciekawe rozmowy, obiad i nalewka. Siedząc na kanapie szybko można zapomnieć o kilku godzinach na rowerze w worku na śmieci. Po takim dniu, czy jest potrzebne coś więcej?


Dzień czwarty: Molde – okolice Mandalen, 60 km. Nocleg u Tove, couchsurferki.

Przeprawy promowe oraz przejazdy tunelami w Norwegii to standard. 15Jak dla mnie i Las Estacaski – atrakcja 🙂 Opuściłam Molde promem do Vestnes. Przyglądając się ciężkim kroplom uderzającym o taflę wody zza szyby promowego baru, śmiałam się do siebie, gdy na wiszącym ekranie znów zobaczyłam słoneczną prognozę pogody. Tym razem jednak zamiast karmić się nadzieją na słoneczny dzień, wypchałam buty papierem toaletowym by trochę je osuszyć – wszystkie chwyty dozwolone.

Jadąc trasą E136 wjechałam w dość krótki tunel, lecz na tyle długi, 16by stał się moim traumatycznym wspomnieniem. Bez porządnego pobocza, kierowcy nie zwalniają, dźwięki się odbijają, dezorientują, przy tym jest duszno i straaasznie! Na całe szczęście, wzdłuż dwóch kolejnych tuneli pozostała jeszcze stara droga, praktycznie nieuczęszczana, raj dla rowerzystów.

Farma u Tove – dużo by pisać i opowiadać. Tove jest osobą uwielbiającą couchsurferów i często ich gości. Bratnia dusza, gdzieś daleko wśród fiordów Norwegii. Na jedno popołudnie i długi wieczór poczułam się jak w domu… wspólny obiad z sąsiadami, mały wypad w góry, spacer z psami, rozmowy przeciągające się do późna. Ludzie, którzy nie spieszą się ciągle i cenią sobie spotkanie i poznanie drugiej osoby.


Dzień piąty: Mandalen – Andalsnes/Trollstiegen, 52 km. Nocleg na campingu.

Skoro byłam już w okolicy, postanowiłam spróbować wjechać na Drabinę Trolli. 23Kolejna spektakularna trasa, przepięknie położona, stanowi wyzwanie dla kierowców i nie lada wysiłek dla rowerzystów. W maju nie ma tam jeszcze tłumów, temperatura jest dość niska, a z gór schodzą lawiny odbijając się echem w całej dolinie. Niestety, po mozolnych kilku kilometrach, stwierdziłam, że nie jestem przygotowana na wjazd Drogą Trolli. Po prostu rower miejski nie jest najlepszym pomysłem na tego typu przygody, wycofałam się więc do Andalsnes. Pojawiło się na trochę słońce, pojechałam z moją kozą na wypas w mlecze 🙂 Sama (w nagrodę) kupiłam sobie piwo i zasnęłam na trawie…


Dzień szósty/siódmy: Andalsnes – Eidsvag – Molde, 70 km + 50 km. Nocleg na trawniku jakiegoś pensjonatu/ na campingu pod lotniskiem w Molde.

Ostatni dzień pedałowania zaskoczył mnie – było tak ciepło, że mogłam zdjąć kurtkę! Wybrałam mniej uczęszczane drogi, zatrzymywałam się, robiłam zdjęcia, niespiesznie zmierzałam w stronę Molde na samolot. Zastanawiałam się nad tym, gdzie podziali się wszyscy ludzie, ponieważ miejscowości są tak ciche, wszyscy jakby się gdzieś pochowali. Co nie zmienia faktu, że wokół każdego domu panuje nienaganny ład, trawniki są równo przystrzyżone, stoły w ogrodach czekają nakryte.

24


Słówko na koniec: 

Moim małym postanowieniem jest nigdy już nie wierzyć w norweską prognozę pogody i nie narzekać na deszcz w drodze z pracy do domu w Poznaniu. Postanowiłam też zainwestować w lepsze, wodoodporne ubrania, choć nie wiem, która rzecz będzie w stanie sprostać parametrom Jana Niezbędnego.

Z perspektywy czasu, sądzę, że wyjazd na miejskiej damce był pomysłem dość odważnym, pewnie już nigdy nie zabiorę Las Estacas na taką wycieczkę. Był to jednak głównie wyjazd dla umysłu i duszy, dla dzikości serca, choć ponad siły. Pewnym jest, że to nie nogi i fizyczna siła pozwalają na takie wyjazdy, ale głowa i myśl o tym, że można to zrobić. Satysfakcja wynagradza każdy podjazd, a czekolada nigdy nie smakuje lepiej.

A dla tych co mają ochotę zobaczyć jeszcze kilka zdjęć, zapraszam:

„Podróżujący ludzie stają się mądrzejsi nie tylko dlatego, że wciąż doświadczają nowych widoków i zdarzeń, ale przez to, że sami dla siebie stają się mijanym pejzażem, na który można popatrzeć z kojącego dystansu. Dostrzega się się wtedy więcej niż szczegół. Ich układ nie wydaje się już ostateczny i jednoznaczny. Zmienia się w zależności od punktu widzenia.”

Olga Tokarczuk „Podróż ludzi księgi”

34

Gandzia

Następny Post

Poprzedni Post

Komentarze

© 2017 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén