Kraina bez Boga i milicji – Bieszczady

Sama miłość nas w Bieszczady zaprowadziła! Mieliśmy spędzić dwa tygodnie w okolicach Beskidu Żywieckiego, ale para przyjaciół zaprosiła nas na ceremonię przejścia na drugą stronę mocy, czyli ich ślub i wesele, które zorganizowali w cudownej scenerii Magurskiego Parku Narodowego. A skoro już tam, to dla nas Poznaniaków w Bieszczady było niedaleko! Z Ustrzyk Dolnych, przez 11 dni dreptaliśmy by dotrzeć na czas i nie przegapić imprezy roku 😉


Inaczej niż Beskidy, Bies
zczady owiane są jakąś aurą tajemniczości, mocy i strachu przed wilkiem i niedźwiedziem. Zwarta zieleń lasu, przestrzeń połonin i urok Bieszczadzkiego Parku Narodowego są czymś rzeczywiście wyjątkowym. Przed wyjazdem Piorun karmił nas utworami KSU, zagłębiliśmy się nieco w historię zespołu, czego później efektem było nasze nieudolne punkowe podśpiewywanie na szlakach: Góry aż do nieba i zieleni krzyk, polna droga pośród kwiatów… 

Choć wychodząc z Ustrzyk Dolnych miałam jeszcze wątpliwości, czy znajdziemy ‚to’ o czym się o Bieszczadach mówi. Bo tną te nasze lasy… Szlaki są rozryte przez wycinkę i ściąganie drzewa w dół, do miejscowości. Przy deszczach robi się więc spore błoto i kałuże w koleinach po ciężkim sprzęcie. Dodatkowo, dla czystego sumienia drwali, co rusz poustawiane są tabliczki ‚Uwaga, wycinka drzew. Zakaz wstępu’. I co? Idziemy godzinę w górę i mamy zawracać? Gdybyśmy rzeczywiście przestrzegali tych zakazów, to moglibyśmy siedzieć równie dobrze w barze w Ustrzykach, albo jechać autobusem prosto do Siekierezady w Cisnej i tam spędzić nasz bieszczadzki czas. Smutek łapał nas za serca, gdy idąc przez Otryt widzieliśmy połacie wyciętego lasu (także w samym rezerwacie przyrody Hulskie im. Stefana Myczkowskiego), nie mówiąc o hałasie pił mechanicznych. Podobno także są robione nasadzenia, ale kto tu ma rację, owca, czy wilk?

BIESZCZADZKI park narodowy

Wchodząc na teren BdPN i wąskich, zarośniętych szlaków można poczuć prawdziwą magię natury, historię drzew i przestrzeń, która nie należy do człowieka. Powalone drzewa zarośnięte mchem, krzaki jeżyn tak gęste, że chyba sam niedźwiedź zatrwożył by się o swoje futro. Widzieliśmy tropy i odchody wilków, Piorun dopatrzył się też śladów niedźwiedzich łap i żubrzych placków, ja natomiast zgodnie z zasadą „co z oczu to z serca” starałam się nie wypatrywać tropów brunatnego w trosce o spokojny sen w namiocie.

BdPN zadbał o ścieżki przyrodnicze, przy których rozstawione były tabliczki informacyjne, a dowiedzieliśmy się z nich wiele naprawdę ciekawych rzeczy. Dlaczego buczyna w niektórych miejscach jest powyginana, w innych karykaturalnie wynaturzona, a w jeszcze innych drzewa na skarpach mają kształt litery ‚J’? Jest to efekt niedogodnych warunków klimatycznych lub działalności pasterskiej (drzewa podgryzane były tak skutecznie przez bydło, że nabrały przedziwnych kształtów), albo osuwającej się stopniowo ziemi, która zmieniała kształt pnia drzewa. Ot, takie ciekawostki.

Działania edukacyjne są potrzebne, takie podstawowe również… O tym, że sikając na szlaku nie trzeba zostawiać za sobą chusteczki, też mogłaby się tabliczka pojawić. O tym, że w parku narodowym skorupka kurzego jaja i skórka od banana to śmieć. Oraz o tym, że plastikowe butelki w cudowny sposób nie ulegają biodegradacji w Bieszczadach.

diabły i wilki

Ponieważ spaliśmy w namiocie, znowu pojawiły się pytania, czy się boimy, czy dzikie zwierzęta przychodzą i czy wilk już nas postraszył. Śpiąc poza szlakiem zwierzęta nie są zainteresowane nocnym straszeniem turystów.

Ani wilki, ani niedźwiedzie, a jelenie tym bardziej. Gdy tylko zwęszą człowieka, nie mają zamiaru się zbliżać. Co innego, gdy dzikie zwierzęta przyzwyczają się do obecności człowieka i próbują to wykorzystać. Takie liski chytruski, sprytnie wyciągają spod namiotu co tylko w zasięgu ich czujnego nosa się znajdzie. Zatem to nie wilk, czy niedźwiedź, ale rudy lis sieje spustoszenie przy schroniskach i na polach namiotowych. Nam porwał tylko chleb nieopatrznie zostawiony przy namiocie (i to w biały dzień!), ale widzieliśmy od rana poszarpane siatki z jedzeniem, dziury w plecakach i porozrzucane buty.

Wizerunki diabelnych postaci przejawiają się często w twórczości lokalnych twórców rzeźbiarzy, w restauracjach, schroniskach i przypominają o górskich legendach. W schronisku PTTK w Komańczy można spotkać całą gromadę rogatych stworów, grzybków, niedźwiedzi, a wszystko to w sąsiedztwie zakonu sióstr Nazaretanek 😉

Do jednej z legend nawiązuje też Jerzy Janicki w zbiorze swoich opowiadań, do legendy o Biesie i Czadach (stąd też tytuł posta):

„Gdzie ja jestem? W Bieszczadach?! Co to ponoć wilki podchodziły tam pod same okna chałupy? Co to ponoć kraina bez Boga i milicji, za to pełna kryjących się przed prawem i alimentami opryszków? Ziemia krztusząca się jeszcze dymem pogorzelisk i parująca krwią po bieszczadzkiej wojnie braci, co tylko tym się różnili miedzy sobą, że jedni raz, a drudzy trzykrotnie żegnali się przy pacierzu? W krainie, co to nawet ponoć nazwę swą wiedzie od BIESów – złych i Czadów nieco łagodniejszych, ale też wszak jednak diabłów, bo jakby tak na mapę zerknąć, to w samej rzeczy – gdzie diabeł dobranoc powiedział… Jakie tam „ponoć”?!”

Jerzy Janicki, „Opowieści bieszczadzkie: Nieludzki doktor i inne opowiadania”

Legenda mówiąca o Biesie i Czadach, czyli tłumacząca nazwę Bieszczadów powstała jedyne pół wieku temu, została wymyślona przez artystę i etnografa Mariana Ryszarda Hess. Pracował on jako przewodnik, a przy swoim domu stworzył galerię rzeźb obrazujących Biesa i Czadów (w pierwotnej wersji Bies występował tylko w liczbie pojedynczej). Opowiadał ją odwiedzającym go turystom i harcerzom tak skutecznie i przekonywująco, że historia ta niezmiennie do dziś tłumaczy pochodzenie nazwy Bieszczadów. Tymczasem pewnie geneza nazwy nigdy nie zostanie odkryta. Jednak zły Bies, rogaty i groźny władca krainy gór oraz pokraczny Czad wydają się być idealnym tematem drewnianej górskiej rzeźby. Powyższe wyjaśnienie przeczytałam w książce Stanisława Krycińskiego „Bieszczady. Od Komańczy do Wołosatego.

magurski park narodowy

Ech, ten Magurski… Miał być taki miły dzień łagodnej wędrówki, a czuliśmy się jak stadko dzików przedzierające się przez wysokie trawy ‚rowerowego szlaku’. Chyba dawno już nikt tamtymi ścieżkami nie chodził, błądziliśmy i zawracaliśmy kilka razy szukając oznaczeń i zastanawiając się czy to jeszcze szlak, czy już ścieżka wydeptana przez zwierzęta. Magurski był już ostatnim etapem naszej wędrówki, bo wisienką na torcie było oczywiście wesele Mariolki i Karola! 🙂

Na koniec jeszcze kilka zdjęć; mieszanka miejsc, które były na naszej trasie:

Piona!

G.

Następny Post

Poprzedni Post

2 Komentarze

  1. Ania. 12 września 2017

    Bardzo fajnie napisane.
    Gradki i oby tak dalej kochani.

    • Podróżozbiór 14 września 2017 — autor

      Dzięki Anka! A już myślałam, że w ogóle nie zaglądacie na naszego bloga 😉

Komentarze

© 2017 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén