Pani Fuji i jej pięć jezior

Założeniem naszego wyjazdu do Japonii i Korei Południowej było łączenie rowerowych wyzwań z małym trekkingiem, niespiesznym poznawaniem ludzi i ewentualną pracą na wolontariacie. Korzystamy zawsze z wiedzy naszych gospodarzy Warmshowers, ich znajomych, sąsiadów, ale nauczyliśmy się też aby korzystać z wiedzy nieznajomych, bo Japończycy mają z założenia dobre intencje i kiedy mówią ‚dame!’ (czyli NIE) może to oznaczać, że droga jest nieprzejezdna. Choć nasza polska zuchwałość nie pozwoliła nam w to początkowo wierzyć, bo czym jest japońskie ‚dame!’ wobec aplikacji z mapami i naszym optymizmem, a tymczasem okazało się, że jest prawdą strzeżoną przez gęsty bambusowy las.

Pozostawiając Tokio i wspaniałe wspomnienie stolicy za sobą, ruszyliśmy bardzo ogólnie ujmując w stronę Fuji, dokładniej do miejscowości Hadano. Tam, w przemiłym towarzystwie Amerykańskich nauczycieli omówiliśmy trasy rowerowe oraz trekkingowe w pobliżu (Hadano Hiking Routes) i wymieniliśmy nasze doświadczenia podróżnicze.

Z Joan i Richem w Hadano. / fot. Rich Bailey

I tak właśnie korzystając z dnia ‚wolnego od roweru’, posiłkując się wskazówkami dotyczącymi okolicznych szlaków i zakupu tanich mandarynek (a jakich pysznych…!) poszliśmy do parku Koboyama, który oferuje mało wymagające, dość krótkie szlaki, ale wystarczające na kilka godzin radości wśród drzew i odpoczynku od miejskich atrakcji. Tym bardziej była to dla nas ważna i ciekawa wycieczka, gdyż po raz pierwszy mogliśmy się bezpośrednio zetknąć z japońską przyrodą. Co więcej, mimo pozytywnego odbioru Tokio, po pobycie w tak wielkiej metropolii naprawdę dobrze jest wejść do lasu i to jeszcze w górach. Niby niskie, ale fakt że byliśmy oddaleni zaledwie 20 km od wybrzeża oraz tamtejszy klimat pozwolił nam nabrać zielonego oddechu w płuca 🙂
W godzinach pracy można spotkać Japończyków, którzy na emeryturze oddają się swojemu hobby, sporo jest osób robiących zdjęcia. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że ‚polują’ na wróbelki z lunetą do oglądania Twardowskiego na księżycu. Jak wszyscy wiemy Japończycy pracują dużo i ciężko, a gdy nadchodzi czas ich emerytury poszukują hobby, które zajmie ich czas. Uzbrojeni są wtedy po zęby profesjonalnym sprzętem do niekoniecznie wielkich fotograficznych, czy innych wyzwań; uśmiechamy się wtedy po cichu do siebie, gdy mijamy grupę z kosmicznymi lunetami albo ekipę emerytów ubraną od stóp do głów w kolorowe puchówki, górskie buty, chustki, plecaczki i sprzęt North Face, Columbia, czy Mont-bell wchodzących na wzgórze o wysokości 400 m.n p.m. Oczywiście patrzymy na to z przymrużeniem oka, ale wiemy, że jest to pozytywne gdy ktoś ma chęci i siłę by angażować się w działania inne niż oglądanie telewizji i gotowanie nóg pod kotatsu (ogrzewany koc przykrywający tylko nogi siedzących przy niskim stole, typowy dla japońskich domów, czasem grzejący tak mocno, że masz wrażenie jakby nogi się miały podpalić).

PIĘĆ JEZIOR FUJI

Wracając do zwrotu ‚dame!’, który pojawił się na początku wpisu, to w drodze z Hadano nad jezioro Yamanaka-ko aplikacja Maps.me uparcie prowadziła nas drogą, która w pewnym momencie dosłownie się urywała, asfalt się skończył, na stromej skarpie wyrosły bambusy i krzaki, a jak na złość w oddali majaczyła trasa do której chcieliśmy dojechać. Pieczołowicie pedałowaliśmy do tego miejsca półtorej godziny pod górę, więc nie trzeba dodawać jakie mieliśmy miny gdy zobaczyliśmy urywający się asfalt i musieliśmy zawrócić! A po drodze spotkaliśmy dwóch Japończyków, którzy z zacięciem wymachiwali rękami i tłumaczyli coś powtarzając co chwilę ‚dame, dame!’. No, my już zapamiętaliśmy co może oznaczać ‚dame, dame!’, tę lekcję języka japońskiego mamy już opanowaną.

Nad jeziorem Yamanaka-ko, gdy dotarliśmy tam już późnym wieczorem, wykończeni całym dniem podjazdów i nocną jazdą, spędziliśmy naszą pierwszą japońską noc w namiocie. Równie szybko jak lekcję ‚dame, dame!’ przyjęliśmy kolejną porcję wiedzy, tym razem o japońskiej zimie. Nasze śpiwory z opisem komfort 0ºC nie do końca są odpowiednie na tę porę roku w tej części świata, nawet z podwyższonym komfortem o wkładkę docieplającą. Nie ma tego złego jednak, w Japonii są sklepy 100-jenowe, gdzie część towaru kosztuje 100 jenów (3,20 zł), zaopatrzyliśmy się tam więc w dodatkowe koce choć nieco droższe niż wynikało by z nazwy sklepu i plastry rozgrzewające o nazwie kairo, które ratują moje stopy (Ani) każdej nocy w namiocie.

Samo jezioro Yamanaka-ko, największe z pięciu jezior jest oczywiście przepiękne, gdy wstaliśmy od rana i zobaczyliśmy jak blisko Fuji jesteśmy, uświadomiliśmy sobie jaką ogromną górą jest ten najważniejszy japoński wulkan, którego wizerunek pojawia się w całej Japonii. Poczuliśmy się trochę jak w Gruzji, gdy zobaczyliśmy Uszbę, świętą górę, taką o której się czyta i wiesz, że miejscowi odnoszą się do niej z szacunkiem. A wulkany lepiej szanować, kto ma to wiedzieć lepiej niż ci azjatyccy wyspiarze!

Kolejno jechaliśmy wzdłuż jezior Kawaguchi-ko, Sai-ko, Shoji-ko, by następną noc spędzić nad jeziorem Motosu-ko, gdzie po raz pierwszy zaskoczył nas lekki opad śniegu. Poza tym, że było po prostu zimno, nazywajmy rzeczy po imieniu, oraz nie wiało nam w plecy, to widoki były absolutnie wspaniałe, a jazda na rowerze przyjemna jeśli chodzi o pobocza, tunele itp., choć ruch na trasie skłonił nas w pewnym momencie do założenia odblaskowych kamizelek. Uważam, że pedałując gdzieś w okolicach Tokio jest to trasa, którą na rowerze po prostu trzeba przejechać. W pobliżu jezior można także znaleźć wiele pięknych miejsc biwakowych i kempingowych, niekoniecznie otwartych zimą 😉 Gwarantuję jednak, że ciężko oderwać oczy od Fuji, jest w niej moc!

Tymczasem pani Fuji ma 3776 m.n.p.m., można na nią oczywiście wejść, oficjalny sezon na wspinaczkę zaczyna się 1 czerwca i kończy w sierpniu, działają wtedy wszystkie punkty infrastruktury na trasie, nam jednak wystarczy patrzeć na Fuji, nie musimy na nią wchodzić. Wizerunek Fuji jest z nami cały czas, choć odjeżdżając na zachód zniknęła nam w końcu z oczu, to na nawiązania do jej kształtu napotykamy każdego dnia. W Kobe znajomi poczęstowali nas czekoladkami w kształcie Fuji, w każdym sklepie znaleźć można kartki z życzeniami z wizerunkiem wulkanu (Japończycy uwielbiają dawać sobie prezenty i wysyłać kartki z życzeniami, więc nie są to turystyczne sklepy z pamiątkami); poznając rytuał ceremonii herbaty w Nagoji, dowiedzieliśmy się, że zieloną herbatę, matchę, usypuje się na kształt stożka wulkanicznego, a ręce w podziękowaniu za czarkę herbaty układa się również we wspomniany już kształt. Jaki jest zatem najlepszy sen (hatsujume), który staje się przepowiednią na nowy rok? Sen o Fuji oczywiście! Każdy banknot o wartości 1000 jenów (32 zł) również przypomina nam o Fuji, gdyż jest na nim wizerunek ‚Kohan no Haru’, czyli zdjęcia Fuji zrobionego przez Koyo Okada z górskiej ścieżki po północnej stronie jeziora Motosu-ko.

Różne oblicza Fuji mają swoje nazwy, są to na przykład: Beni Fuji, kiedy śnieg zalegający na wulkanie wydaje się być zabarwiony na czerwono przez zachodzące słońce; Diamond Fuji, gdy słońce jest na samym szczycie wulkanu, przypominając rozświetlony brylant; Sakasa Fuji, czyli wulkan i jego odbicie jak w lustrze w tafli jeziora; czy Pearl Fuji – odwrotnie do Diamond Fuji, nad kraterem wulkanu pojawia się księżyc. Nadawanie nazw każdej odsłonie tej świętej góry mówi wiele o tym jak ważnym elementem krajobrazu jest Fuji, pamiętając o tym, że Japończycy podlegają zasadom dyktowanym przez naturę, my również szanujemy ich podejście do tych symboli. Choć nie mogliśmy zobaczyć wszystkich wizerunków pani Fuji, to zajmuje ona w naszych wspomnieniach szczególne miejsce, a poza tym…na pewno się z nią jeszcze zobaczymy.

G.

Następny Post

Poprzedni Post

1 Komentarz

  1. Mati 28 stycznia 2018

    Piękne krajobrazy i fajne klimaty! Przyjemnie się czyta… Byle do wiosny!

Komentarze

© 2018 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén