Stalin, dinozaury i kolendra – Gruzja cz. 3

Zostawiliśmy za sobą Drogę Wojenną, majestatyczne górskie krajobrazy i wjechaliśmy w rejon Wewnętrznej Kartli. Rejon wyróżniał się od pozostałych przez nas odwiedzanych, przede wszystkim rozległymi wypłaszczeniami słynącymi z upraw ogrodniczo-sadowniczych. Tak przynajmniej słyszeliśmy i czytaliśmy, bo zastany krajobraz przypominał nam na początku bardziej jednak opuszczony Dziki Zachód.

Wewnętrzną Kartlię, oprócz ascetycznego krajobrazu, zapamiętamy także przez granicę z Osetią Południową. Mapa, którą się posługiwaliśmy, prowadziła nas przez tereny Gruzji, gdy tymczasem okazało się, że granica została znów przesunięta i wchłonięta przez Osetię, o czym dowiedzieliśmy się na rogatkach i zasiekach prowizorycznej granicy, z której zostaliśmy zawróceni przez żołnierzy. O Osetii Południowej i skomplikowanej historii rejonu czytaliśmy przed wyjazdem, jednak co innego stanąć oko w oko z problemem ludzi mieszkających na granicy, dla których linia na mapie oznacza zmianę przynależności i utratę wolności. Podczas nocy spędzonej u Gruzinów mieszkających nieopodal granicy, w skupieniu słuchaliśmy opowieści o tym, jak ich rodziny i znajomi w ciągu jednej nocy stracili możliwość wjazdu do Gruzji, pomimo tego, że ich ojczyzna jest kilkadziesiąt metrów dalej. Kolejny raz przekonaliśmy się, że genezą konfliktów są często podziały polityczne, dotykające ludzi wytęsknionych swobody i życia bez strachu o utratę swojej tożsamości i bliskich.

08

Na trasie z Tbilisi do Gori, po wojnie zakończonej w 2008 roku, zbudowane zostały duże osiedla identycznych domków. Rzędy czerwonych dachów stały się miejscem życia dla tysięcy uchodźców. Widok był to dla nas najpierw intrygujący, bo nie wiedzieliśmy o istnieniu takich miejsc w Gruzji, lecz tak naprawdę jest to obraz życia obdartego z tożsamości, braku wyboru i sił do zmian. Bo jak tutaj czuć komfort, gdy tak niedaleko ktoś inny już mieszka w twoim domu, a ty nie możesz do niego wrócić.

Zostawiając za sobą Osetię jechaliśmy w stronę Gori, tym razem mijając po drodze żyzne tereny wzdłuż rzeki Kura. Dojeżdżając do Kaspi skorzystaliśmy z noclegu zaoferowanego nam przez miejscowych Gruzinów, którzy jak się okazało, mieszkali kiedyś w Polsce przez dwa lata. Pisać chyba nie trzeba, że są to okazje do nieco bliższego poznania mieszkańców i ich zwyczajów… Takiej na przykład ‚supry’ – rodzaju kolacji, spotkania z rodziną i przyjaciółmi, przy jedzeniu i toastach bez końca.

09

Po drodze z Kaspi do Gori zwiedziliśmy Upliscyche, skalne miasto położone na lewym brzegu rzeki Kura, datowanym na około V-IV w.p.n.e. Jest to jedno z najstarszych i najważniejszych ośrodków cywilizacyjno-religijnych we wschodniej części Gruzji. Zachowany mniej więcej w połowie kompleks, odsłonięty przez archeologów w latach pięćdziesiątych XX wieku, składa się z pieczar mieszkalnych, łaźni oraz świątyń przedchrześcijańskich, połączonych ze sobą schodami, przejściami i tajnym tunelem, którym mieszkańcy ewakuowali się nad rzekę podczas najazdów. Wykute w skale pomieszczenia prowadzą wyobraźnię w pradawne czasy, gdy mieszkańcy Upliscyche (w dosłownym tłumaczeniu „twierdza władcy”) oddawali cześć pogańskim, między innymi solarnym bóstwom.

Po wizycie w skalnym mieście zajechaliśmy do Gori, miasta które znajdując się na linii frontu najdotkliwiej ucierpiało podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej z 2008 roku. Miejsce to chyba jednak najbardziej kojarzone jest z jedną postacią, bo właśnie tam urodził się Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, czyli Józef Stalin. Zastanawialiśmy się jak dzisiaj mieszkańcy miasta odnoszą się do niechlubnej sławy jednego z największych dyktatorów świata, ale prężnie działające Państwowe Muzeum Józefa Stalina, ulice, skwer czy dworzec kolejowy nazwane jego imieniem pokazują, że niektórzy wciąż z sentymentem i dumą odnoszą się do najsłynniejszego Gruzina. W samym muzeum nie byliśmy, zwłaszcza że wewnątrz podobno niewiele uwagi poświęca się zbrodniom Stalina, jednak już z daleko rzuca się w oczy okazała budowla gmachu, usytuowane przed nią monumentalne zadaszenie nad rodzinnym domkiem, w którym urodził się późniejszy dyktator, czy opancerzony wagon, którym przemieszczał się Stalin.

Umiejscowione w centrum Wewnętrznej Kartli Gori, będące jednym z najważniejszych szlaków handlowych w tych stronach świata, nadal znane jest także jako ośrodek ogrodniczo-sadowniczy, co mogliśmy zaobserwować, zasmakować i poczuć po wizycie na ogromnych targowiskach, na których można zaopatrzyć się w niemalże wszystko, a już na pewno w świeże, pachnące warzywa i kolendrę, która króluje wśród gruzińskich przypraw.
Nad miastem górują ruiny twierdzy Goriscyche, u stóp której znajduje się pomnik upamiętniający ofiary wojny z 2008 roku, przedstawiający rycerzy pozbawionych różnych części ciała.

Czas do wylotu z Gruzji zbliżał się już coraz szybciej, a miejsc które chcieliśmy odwiedzić wciąż przybywało, dlatego z Gori podjechaliśmy pociągiem do Kutaisi, by wybrać się stamtąd na małą wycieczkę do Rezerwatu Sataplia, Jaskini Prometeusza i ostatni nocleg w lesie. Jaskinia, odkryta w 1984, a udostępniona do zwiedzania w 2012 roku, kryje w swoich korytarzach niesamowite formy skalne powstające przez tysiące lat. Zwiedzanie odcinka o długości 1,4 km, ładnie wyeksponowane formacje naciekowe oświetlone kolorowymi lampami, zwiedzania zalanych odcinków na łodzi oraz sprawna organizacja zrobiły na nas
duże i pozytywne wrażenie.

17Nieco inaczej odebraliśmy wizytę w Rezerwacie Sataplia, słynącego przede wszystkim z odciśniętych w skałach tropów dinozaurów oraz specyficznego dla tego rejonu lasu kolchidzkiego. Poczuliśmy się trochę jak podczas wycieczki w podstawówce i chyba nie porwał nas fenomen plastikowych dinozaurów, zblazowanego przewodnika i dużych grup wycieczkowych. Rozbawieni tą sytuacją ruszyliśmy w okolice rezerwatu, by spędzić tam ostatni nocleg pod namiotem rozkoszując się zimnym piwkiem, wielkim obiadem pachnącym kolendrą i ciszą lasu. Wracając następnego dnia do Kutaisi naszą uwagę przykuły okazałe, opuszczone zabudowania, po których dość długo chodziliśmy. Jak się później okazało, były to pozostałości działającego jeszcze całkiem niedawno sanatorium w Tskaltubo.

Na pożegnanie, w dwóch ostatnich dniach zwiedziliśmy część Kutaisi, jednak bardziej zamiast eksplorowania miasta i jego zabytków, skupiliśmy się na sprawach i przyjemnościach bardziej przyziemnych, takich jak: picie piwa w parku, objadanie się chaczapuri, szukanie pamiątkowych magnesów i zadbanie o wygląd Pioruna u golibrody 🙂

Niesieni przygodą i dobrą pogodą (która zawsze jest z nami), odwiedziliśmy miejsca te bardziej i mniej znane. Mieliśmy okazję doświadczyć krętych, kamienistych i pnących się w górę dróg, równie wymagających zjazdów, skonfrontować nasze żołądki, wątroby (!) i umysły z gruzińską gościnnością, a głowy zapełnić pięknymi, roztaczającymi się przed nami, nie tylko górzystymi krajobrazami. Historii można by mnożyć… Wiemy już, że miesiąc w małym, ale tak różnorodnym kraju to zdecydowanie za krótko, przez co byliśmy w stanie zobaczyć tylko część Gruzji, do której być może jeszcze wrócimy.

Gandzia i Piorun

26

Następny Post

Poprzedni Post

1 Komentarz

  1. Primo 11 stycznia 2017

    muzeum Stalina…niesamowite, bardzo spodobało mi się również opuszczone sanatorium, piękny budynek

Komentarze

© 2017 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén