Swanetia – gruzińska kraina wież

O Gruzji w kontekście turystycznym słyszymy coraz więcej. Swaneckie wieże i górskie wyprawy przewijają się przez podróżnicze blogi i gazety. A to był tam ktoś znajomy, a to ktoś kiedyś spędził wakacje w Batumi. Czy to tanie loty spowodowały, że więcej osób odwiedza Gruzję? A może skoro my sami już tam byliśmy, to dużo łatwiej nasze ucho wychwytuje nazwy miejscowości, a oko ostrzy wzrok na znajome krajobrazy? Od naszego wyjazdu mija już rok, ale jest on dla nas na tyle ważny, że wciąż bardzo chętnie do niego wracamy. Był to nasz pierwszy wspólny rowerowy wyjazd „na poważnie”, na dłużej, dalej, mocno pod górę, ale też dlatego, że rower na którym jechałam w całości złożył dla mnie Piorun. Niezła to była odmiana po wojażach na miejskiej damce (na przykład moje trollowanie w Norwegii).

Ale zacznijmy od początku, a bywają one trudne, tak jak ciężko było nam wybrać miejsce wyjazdu. Ja zakochana w Azji i ciepłym klimacie, a Piorun ciągnący na bliższy wschód i spragniony wysokich gór. I tak oto zrodził się pomysł wyjazdu do górzystej Gruzji, leżącej już w Azji, a mającej poniekąd bałkańską duszę.

Lądowaliśmy na początku sierpnia w Kutaisi, gdzie na lotnisku składaliśmy rowery, zostawiając kartony do transportu naszych pojazdów u taksówkarza (!), który za opłatą około 80 zł obiecał nam te kartony przechować i dostarczyć w dniu odlotu. Pan jak powiedział, tak się stało, z tymi samymi kartonami po miesiącu wróciliśmy do Polski.

Lotnisko Kutaisi, Gruzja, składamy rowery.

Kontrolowany nieład na lotnisku w Kutaisi.

Nie mieliśmy szczegółowego planu na cały miesiąc, bo nie czuliśmy też presji czasu. Wiedzieliśmy tyle, że zaczynamy pedałować na północ, w stronę górzystej Swanetii oswajając się powoli z rosnącym upałem. Na podjazdy o nachyleniu do 13% nie czekaliśmy długo. Jeszcze dobrze gór nie było widać, a my już zeskakiwaliśmy z objuczonych rowerów i zapychaliśmy je pod górę, zwłaszcza że sakwy pełne jeszcze były dobroci zabranych z domu, a uprzedzając ewentualne pytania: nie, nie żałuję zabrania czekotubki i okularów w kształcie jabłek.

Zasługująca na uwagę jest jedna z najwyższych na świecie tam, wodna zapora Inguri o wysokości 271,5 m. Nad budowlą, w górę rzeki powstał zbiornik wodny Dżwari, ciągnący się przez kolejne 30 km, turkusowy kolor wody tworzy tam niepowtarzalny krajobraz. Co ciekawe, tama znajduje się po stronie gruzińskiej, ale już sama elektrownia – w skłóconej z nią Abchazji. Gruzja odbiera 60% energii, natomiast Abchazja i przyległe jej obszary Rosji 40%. Obiekt jest udostępniony do zwiedzania, ale nie było tak od samego początku, gdy już po kilku latach od oddania tamy w latach dziewięćdziesiątych jej stan został uznany za beznadziejny i zagrażający katastrofą. Po przyznaniu Gruzji międzynarodowych środków finansowych tama została odpowiednio zabezpieczona.
Za tamą nie ma co liczyć na dłuższe zjazdy lub płaskie odcinki (a jeśli już są, to natychmiast trzeba je odpokutować jeszcze większym wzniesieniem). Już do samego Uszguli wjeżdża się pod górę. Wiedzieliśmy o tym, byliśmy przygotowani, co najmniej psychicznie, ale po kilku godzinach jazdy w upale można poczuć prawdziwe zmęczenie.


Dzień „pro”: był to 5 dzień wyjazdu. Ubraliśmy czyste koszulki, specjalnie namalowane przez nas na wyjazd. Założyliśmy obcisłe spodenki kolarskie – byliśmy z nich naprawdę dumni, są prawdziwie rowerowe! Mieliśmy w końcu tamtego dnia wjechać do Mestii, serca Swanetii. Ruszyliśmy pełną parą w łydach (o mało nie skręcając na Paryż:)), tym bardziej, że po drodze z niecierpliwością wypatrywaliśmy magicznej góry Kaukazu – Uszby.

Ruszyliśmy, ale nie zajechaliśmy zbyt daleko…
Takie rzeczy się NIE zdarzają! Nie… to się nie dzieje. Ja pi… orun nie wierzę! Tego typu komentarze przeplatane ze łzami rozpaczy i nerwowym śmiechem w sytuacji kiedy nie wiadomo co zrobić, pojawiły się gdy Piorun odkrył, że jego ukochany rower Giant nabawił się prawdziwej kontuzji, a dziwne dźwięki dochodzące od strony tylnego koła wskazują na złamaną ramę.

„Bo Wypadek to dziwna rzecz.
Nigdy go nie ma, dopóki się nie wydarzy.”

Kłapouchy,
„Chatka Puchatka” A. A. Milne w tłumaczeniu Ireny Tuwim

Gotowy, finezyjny spaw Gianta

Gotowy, finezyjny spaw Gianta

Zrzuciliśmy sakwy z rowerów, usiedliśmy przy drodze i po dłuższym czasie złapaliśmy w końcu busa na stopa do Mestii. Żal było tych krajobrazów mijanych tak szybko samochodem, ale na nasze szczęście okazało się, że kierowca busa ma sąsiada, który był… spawaczem! Podwiózł nas więc pod sam warsztat i tam Giant przeszedł operację. Zostały mu dospawane dwie porządne blachy, aby przypadkiem rama nie pękła i z drugiej strony. Finezyjne gruzińskie spawanie działa do dziś i zapewnia anty-kradzieżowy pakiet bezpieczeństwa.

W Mestii zagościliśmy na dwie noce, rozbijając namiot pod hostelem. Mogliśmy tam bezpiecznie zostawić rowery i wybrać się na pieszą wycieczkę do lodowca Czalaadi, która zajęła nam około 7 godzin. Przyjemna trasa wzdłuż rzeki prowadzi pod sam wielki lód.

Samą Mestię podzieliłabym na dwa oblicza: odnowione, nieskazitelne budynki i uliczki po renowacji oraz to drugie oblicze odarte z turystycznej szaty, na pewno bardziej przemawiające i prawdziwe. To właśnie w okolicach Mestii zobaczyć można charakterystyczne wieże obronne (wzniesione od IX do XIII w.) przy gospodarstwach, czy domach. Służyły one jako schronienie na wypadek gdyby nieszczęśnika dotknąć miała tradycja rodowej zemsty. Dziś honorowy mord został ustawowo wypleniony, ale wieże ciągle zdobią ten rejon i przypominają o starych tradycjach oraz są wizytówką regionu.


Jadąc dalej „pętlą Swanetii”,  na wschód dojeżdża się do kolejnych przysiółków, tworzących osadę – Uszguli, która razem z Mestią i Górną Swanetią, wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Panuje tam rzeczywiście niepowtarzalny klimat, rozbijając namiot w noc meteorytów na przepastnych łąkach z widokiem na otaczające góry można poczuć się jak na końcu świata. Podobno to właśnie Uszguli jest najwyżej położoną stałą osadą w Europie. Małe wioseczki u stóp Szchary, najwyższego szczytu Gruzji, osadzone wśród łąk i pastwisk są nieziemsko malownicze. Chociaż zdaję sobie sprawę, że życie mieszkańców wcale nie jest tam łatwe, zwłaszcza że zimą są odcięci od świata, a podejrzewam, że i przy mocnych opadach deszczu, drogi także stają się nieprzejezdne.

Nie czytaliśmy wcześniej o przełęczy Zagaro (2623 m), najwidoczniej w obliczu Mestii jest to mniej istotna strona Swanetii. Na przełęcz wdrapać się trzeba jadąc z Uszguli do Lentechi. Był to mozolny podjazd, ale widoki na trasie były tak bajkowe, że trudno nam było nie zatrzymywać się co kilka metrów nie wymieniając komentarzy pełnych zachwytu. Zgodnie stwierdziliśmy, że jest to najpiękniejsze miejsce w górach jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Zieleń traw, ogromna przestrzeń, nasycenie barw kwiatów, wysokie góry w oddali, i tak przez około 20 kilometrów. To wszystko pozwoliło nam zapomnieć o tych kilku kilometrach zapychania rowerów i strużkach potu płynących nieustannie po ciele. Rozsmakowani w widokach i zanurzeni w kolorowym krajobrazie, odrywaliśmy się co jakiś czas by móc jednak utrwalić te wspomnienia:

Zostawiając za sobą górskie krajobrazy Swanetii, postanowiliśmy udać się dalej w stronę Gruzińskiej Drogi Wojennej. Początkowo chcieliśmy na rowerach zajechać aż do samej stolicy, jednak aby nie tracić czasu na przejazd główną trasą wśród samochodów, zadecydowaliśmy wrócić do Kutaisi, gdzie mieliśmy przesiąść się na pociąg. Decyzja ta zaprowadziła nas na starą, już prawie nieuczęszczaną trasę przez Alpanę i Tvishi. Był to prawdziwy kontrast w porównaniu do zielonych, soczystych polan. Droga prowadziła wysokim wąwozem wzdłuż rzeki Rioni, w niemiłosiernym upale wzbijał się kurz przy podmuchach gorącego wiatru, a nad wszystkim krążyły orłosępy. Sceneria dzikiego zachodu. Gdybyśmy tylko zamienili nasze metalowe rumaki na transport cztero-kopytny, z pewnością moglibyśmy stać się gwiazdami gruzińskiego westernu. Więc tak oto przypadek poprowadził nas w dość tajemnicze i nieco przygnębiające miejsca – opuszczone domy, budynki gospodarcze, zapomniane wioski.

Dojechaliśmy do Kutaisi, wsiedliśmy  w poranny pociąg, by dotrzeć koło południa do stolicy Gruzji, skąd ruszyliśmy zatłoczoną i ruchliwą trasą w stronę słynnej Drogi Wojennej. Ale o tym już w następnym poście…

Gandzia

Następny Post

Poprzedni Post

3 Komentarze

  1. Mirek 9 maja 2017

    Ale fajny opis.

    • Podróżozbiór 11 maja 2017 — autor

      Dziękujemy! Panie Mirku, u Pana na blogu też się fajnie dzieje 🙂 pozdrawiamy!

Komentarze

© 2017 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén