Temat rzeka – 4 River Paths, Korea Południowa

Po trzech miesiącach w Korei Południowej i przejechanych 3098 kilometrach, czas na małe podsumowanie rowerowych tras. Rzec można by o tym wiele, a zwłaszcza o rzekach, wzdłuż których głównie się poruszaliśmy. Cały projekt 4 River Paths, bo tak nazywa się to ogromne przedsięwzięcie, zakładał regulację przede wszystkim czterech głównych rzek (Han, Geum, Nakdong i Yeongsan) aby przeciwdziałać powtarzającym się powodziom i suszom oraz aby poprawić czystość rzek. Projekt objął także rewitalizację terenów nadrzecznych oraz budowę infrastruktury przyjaznej zarówno naturze jak i ludziom, w myśl hasła „River of new life, new Korea” (rzeka nowego życia, nowej Korei). Sponsorem i realizatorem jest firma K-Water zajmująca się zarządzaniem gospodarką wodną i prewencyjnymi działaniami związanymi z funkcjonowaniem rzek w Korei Południowej. Odpowiedzialni są za te wszystkie finezyjne tamy i mosty, podświetlane w nocy i grające za dnia, malunki, muzea ku czci koreańskich rzek i inne instalacje, które mieszczą się gdzieś pomiędzy definicją kiczu, dobrego smaku i kwestionowanej funkcjonalności. Nie chcemy zajmować się tutaj kontrowersjami, które zawsze (i w tym wypadku również) pojawiają się, gdy człowiek na wielką skalę ingeruje w naturę, która sama wyznacza sobie ścieżki. Pomimo wielu spostrzeżeń oraz przemyśleń na ten temat, skupimy się tylko na rowerowych aspektach.

W ramach projektu 4 Rivers powstały ścieżki rowerowe wzdłuż tych głównych oraz tych mniejszych rzek, a także wzdłuż wybrzeża. Ciekawym pomysłem było zainicjowanie rowerowego systemu certyfikacji tras, gdzie do specjalnego paszportu zbiera się pieczątki z poszczególnych punktów na szlakach, po ukończeniu których otrzymuje się medal i pamiątkowe naklejki. Większość rowerowych turystów pokonuje tylko główną trasę Seul – Busan liczącą 630 km. My postanowiliśmy przejechać wszystkie szlaki, których łączna długość wynosi około 2000 km. Dało nam to możliwość szerszego poznania Korei, ludzi, tradycji oraz zobaczenia dużo większej ilości miejsc nie tylko z perspektywy wspomnianych ścieżek rowerowych. Nasza trasa zaczęła się więc i zakończyła w Busan, dokąd przypłynęliśmy promem z Japonii, a po trzech miesiącach żegnaliśmy Koreę z łezką w oku.


Opis tras

Poniżej opisujemy nasze wrażenia z kolejnych tras. Od 5 marca do 1 czerwca, Korea przeszła zieloną transformację! Na początek załapaliśmy się jeszcze na ostatni śnieg, a wyjeżdżaliśmy, gdy ryż rósł w najlepsze na zalanych polach, a jabłka na drzewach były w rozmiarze śliwki węgierki. Zdążyliśmy odesłać część zimowych ubrań do domu i opalić sobie łydki, a wierzcie nam, że nasze początkowe nastawienie było szare i zamglone jak szara i zamglona była Korea na początku marca. Dlatego warto było tutaj zostać na te trzy miesiące, choć nie spotkaliśmy nikogo, kto podróżowałby po Korei tak długo. Warto, bo tylko wtedy można zatrzymać się i zobaczyć więcej.

SEOMJINGANG

149 km, Baealdo Waterfront Park – Seomjingangdam

To tutaj rozpoczęliśmy naszą przygodę z 4 River Paths i starania o rowerowy medal. Na początku trasy wzdłuż rzeki Seomjingang, zakupiliśmy specjalne paszporty, do których przez kolejne tygodnie zbieraliśmy pieczątki umieszczone w czerwonych budkach na kolejnych odcinkach tras. Właśnie wtedy staliśmy się obywatelami Republiki 4 Rzek w Korei Południowej 🙂

Jaka była dla nas trasa Seomjingang? Zimowa! Krajobraz był monochromatyczny, na iglastych drzewach ciemna zieleń wybijała się z szaro-burej masy krzewów, zeszłorocznych traw i zanieczyszczonego powietrza. To były nasze pierwsze dni na trasie w Korei, które wywoływały w nas bardzo mieszane uczucia. Fakt opuszczenia już kwitnącej wiśnią Japonii i powrotu do zimowej aury po prostu podciął nam skrzydła entuzjazmu.

Dobrze było dowiedzieć się o tym, że… W Korei są wspaniałe, drewniane wiaty, które dawały nam schronienie w deszczowe dni i cień na przerwę na drugie (lub trzecie) śniadanie. Do wiaty zawsze wchodzi się bez butów, tak jak do koreańskich i japońskich domów, chyba jest to jedna z najgorszych ‚wpadek’ obcokrajowców, wejść komuś w butach do przestrzeni mieszkalnej.

Spotkaniem, które zostało nam w pamięci, było uczestniczenie w szamańskich obrzędach i poczęstunek przy rzece. Kobiety po kolei śpiewały, tańczyły i energicznie wymachiwały kolorowymi flagami. Na miejsce spotkania przyniesiono dużo jedzenia, warzyw, owoców, dla każdego było kimchi, napoje, ciasto ryżowe i mięso. To był też jeden z tych nielicznych momentów, gdy trzeba zjeść to co Ci właśnie podali.

Nocleg nominowany do tego NAJ: Bez zastanawiania się jest to nasze ‚biuro’, camping i łaźnia w jednym. Przy tradycyjnym koreańskim pawilonie znajdowały się toalety, kran z wodą i ławeczki. Było uroczo, tradycyjnie i spokojnie. Podróż jednak odnajduje radość w różnych miejscach, a nas zawsze cieszy ławka, bo nawet po pół roku w Japonii i Korei nie do końca przyzwyczailiśmy się do siedzenia na ziemi (po turecku, po japońsku, w kucki i inne wygibasy).

TO miejsce, które pokazuje, że w Korei wszystko jest możliwe: Hyangga Park, a przy nim podświetlany most i rowerowy tunel z muzyką. I tylko dwójka rowerzystów… Ciekawe kto to był, co tam namiot rozbił, Gandzia i Piorun? Niemożliwe! To wszystko dla nas!

Minusem tej trasy był: brak wody pitnej przy powtarzających się oznaczeniach o jej dostępie oraz zaniedbane toalety tonące w śmieciach.


YEONGSANGANG

133 km, Damyangdam – Yeongsangang Estuary Bank

To nasza druga trasa rowerowa, połączona z Seomjingang dojazdówką (gdyby się ktoś zastanawiał). Ciągle monochromatyczna, ale dała nam nadzieję na rychłe nadejście wiosny! To tam po raz pierwszy w Korei jechaliśmy w krótkich rękawkach, ba, Piorun nawet w krótkich spodenkach, chociaż nie za długo się tym nacieszył! Pojawiło się więcej pocztówkowych widoków z górami w tle, ale też chyba nieco więcej super krótkich i super stromych podjazdów, które w sumie nie były męczące, ale bardziej bywały zaskakujące. Dodatkowo, trasę oznaczamy magiczną cyfrą 3, przekroczyliśmy na niej 3333 km naszego wyjazdu.

Kto wymyślił, żeby… Na trasie rowerowej położyć 4 kilometrowy odcinek miękkiej wykładziny dla biegaczy! Piorun i tak się cieszył, bo w końcu jechał w krótkich spodenkach, ale nasze ciężkie rowery zapadały się w joggingową matę i jechało się jak po piachu. Na całe szczęście taka niespodzianka zdarzyła się tylko raz. Choć obawy trzymały nas do samego końca 😉

Nocleg nominowany do tego NAJ: Dwie noce pod rząd spędzone pod piękną koreańską wiatą, w dwa bardzo deszczowe dni. Bo czasem zapominamy, że tak naprawdę nie musimy się nigdzie śpieszyć, że możemy poddać się małemu lenistwu i komfortowi. Uroczo było odpocząć w namiocie, wypić piwo wieczorem z widokiem na rzekę i odwiedzić sąsiadujący Juknokwon, czyli bambusowy las w Damyang.

Juknokwon – bambusowy las, piękne miejsce, zieleń bambusowych drzew jest niepowtarzalna. Całość jest sztucznym tworem, z wioską koreańską, w której kręcone są seriale, sztucznym wodospadem (z misiami panda) i wytyczonymi szlakami o nazwach takich jak ‚szlak przyjaźni’, czy ‚droga zakochanych’. Brzmi groteskowo, ale miejsce jest warte odwiedzenia, zwłaszcza dla kogoś mieszkającego w kraju, w którym bambusy nie rosną przy drogach.

Minusem tej trasy jest: podobnie jak w przypadku trasy Seomjingang, brak wody pitnej i porządnych toalet.


GEUMGANG

146 km, Geumgang Estuary Bank – Daecheongdam

Pomiędzy trasami Yeongsangang i Geumgang odwiedziliśmy jeszcze miejscowość Jeonju, które zyskało popularność dzięki pięknie zachowanej i utrzymywanej tradycyjnej części domów. Koreańczycy chętnie przechadzają się tam i fotografują w strojach hanbok. Po trzech miesiącach podróżowania po kraju nie wydaje nam się to już niczym nadzwyczajnym, ale wtedy bardzo nam się spodobało, że w ten sposób podtrzymują tradycję. Jeonju słynie też z ryżowego wina makkeolli, które podawane jest z przystawkami wypełniającymi cały stół, dosłownie. Po jednym dzbanku napitku byliśmy nawet w stanie znieść śnieg, który tamtego wieczoru przykrył dachy miasteczka.

A wracając do samej trasy, to kojarzyć nam się będzie chyba najbardziej z mglistymi porankami i ostatnimi przymrozkami oraz gigantyczą kaczką-obserwatorium, którym trasa się zaczynała. Koreańczycy poza wędrowaniem po szlakach uwielbiają też obserwować ptaki. Widzieliśmy niezliczoną ilość miejsc przygotowanych do ich obserwowania, skryć się można za drewnianym parawanem lub w budce i przez małe okienko spoglądać na ptaki szarżujące przy rzekach.

Nocleg nominowany do tego NAJ: właśnie w sąsiedztwie gigantycznej kaczki, wśród trzcin obserwatorium Geumgang Estuary Bank kryła się idealna wiata. Wieczorne przejścia do toalety po podestach przez mokradła należały do tych zapadających w pamięć.

Lunch nominowany do tego NAJ: Zawijasy na kiju, czyli oden i omug, ciasto mające coś z ryby, do kupienia w takiej formie tylko na przydrożnych straganach. Najpierw zajadasz, potem pan liczy patyki i płacisz. Oraz…koreańskie naleśniczki, z nasionami słonecznika i słodkim nadzieniem w środku. Tak, tłuste i słodkie, ale jakie smaczne i chrupiące 🙂

Warto wspomnieć o koreańskich kempingach, z którymi pierwszy raz spotkaliśmy się właśnie na trasie Geumgang. Po pierwsze jest to przegląd i plejada najnowszych i najlepszych sprzętów biwakowych. Przypomniały nam się wtedy polskie miejsca kempingowe…Polak znajdzie rozwiązanie na wszelkie braki, tu sznurkiem dowiąże, usiądzie na skrzynce, kijkiem podeprze i folią owinie. A w Korei, do tych wszystkich ‚braków’ i ewentualnych niedogodności są przewidziane osobne sprzęty. Krzesełka, grille, haczyki, trzymaki, naczynka, rozwijane daszki i elektryczne hulajnogi, żeby przypadkiem 50 m do toalety nie iść. A po drugie, takie miejsca wymagają wcześniejszej rezerwacji i nie można się na nich pojawić, ot tak, z trasy jak my. Nam nie pozwolono się tam rozbić, ponieważ było to miejsce podobno „w całości już zarezerwowane”, prysznica też wziąć nie można nawet gdy chcieliśmy za taki luksus zapłacić. Ale, że mamy namiot w kolorach kamuflażu koreańskiej rzeki, a w nocy Polaka od Koreańczyka trudno odróżnić, to chyba już dalej nie muszę pisać, że nagięliśmy nieco te reguły 🙂


Ocheon

105 km, Hapgang Park – Haengchon Crossroads

Trasa dość krótka i nie aż tak urozmaicona. Choć przez pierwsze 20 km i tak byśmy nic nie zobaczyli, nawet siebie nawzajem 🙂 Sama mgła.

Spotkanie z trasy: pomoc koreańskiej rodziny w kolejnym starciu z ‚panem kempingowym’. Znowu chcieli nas wyrzucić, ale z pomocą przyszedł nam 12 letni chłopiec (mówiący praktycznie płynnie po angielsku, tak, to są koreańskie dzieci). Zaangażował on swoją rodzinę, która pozwoliła nam się rozbić na ich wcześniej wykupionym miejscu namiotowym, gdyż i tak nie mogli zostać na noc. Kemping teoretycznie znowu był ‚w całości zarezerwowany’, a tymczasem od rana były tam tylko 4 namioty…

Minusem trasy były mylące, stare i niemalże zatarte oznakowania tras, które w dodatku są tylko w języku koreańskim. Widać, że nie jest to zbyt często uczęszczana trasa.


SAEJAE

100 km, Chungju Tangeumdae – Sangjusangpoong Bridge

Trasa Saejae łączy dwie główne rzeki, Han i Nagdong oraz spotyka się z trasą Ocheon, z której za pierwszym razem przyjechaliśmy pod koniec marca kierując się w stronę wschodniego wybrzeża. Za pierwszym, bo kolejnym razem Saejae pokonaliśmy w połowie maja jadąc z Seulu do Busan. Dzięki temu mogliśmy zaobserwować, jak bardzo zmieniła się sceneria z tej zimowej na praktycznie letnią. Trasa kryje w sobie piękne górskie odcinki, w tym najwyższy punkt 4 River Paths, który jest w sumie bardzo jednostajnym i łatwym podjazdem.

Spotkanie z trasy: to z tych do zapamiętania, to długi wieczór przy piwie i rowerowych opowieściach z pierwszymi rowerzystami-sakwiarzami, których spotkaliśmy od początku naszego wyjazdu w grudniu. Już byliśmy po prostu spragnieni kontaktu z innymi cyklistami! Z kimś, kto dzieli rowerowy los w Korei 🙂

Drugim spotkaniem, w tej już letniej odsłonie, była rozmowa z parą rowerzystów Kanadyjczyków. Spotkaliśmy się na trasie, zatrzymaliśmy się wszyscy jak to standardowo raczej sakwiarze się zatrzymują. Podróżowali kilka miesięcy w Japonii i Korei, spali w namiocie, czasem w hostelu, nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że oboje mieli po 71 lat! My czujemy się zainspirowani na kolejne 40 lat! Czuło się od nich niesamowity entuzjazm i nadzwyczajną energię, ważne jest to jakie ma się nastawienie do własnej osoby i swoich możliwości, to ono wyznacza nam granice.

Para 71-letnich Kanadyjczyków, z którymi spotkaliśmy się na trasie. Gdy wyciągnęliśmy aparat, żeby zrobić sobie wspólne zdjęcie, nadjechała jeszcze para Koreańczyków i Australijka tuż za nimi. Dlaczego więc nie mieliśmy zrobić sobie zdjęcia wszyscy razem? 🙂

Lunch nominowany do tego NAJ: uwielbiamy małe, lokalne, koreańskie knajpki, w których zazwyczaj serwowanych jest tylko kilka tradycyjnych dań. Często na czuja wybieraliśmy coś z obrazka lub czekaliśmy na rozwój sytuacji, gdy po koreańsku mówiliśmy, że nie jemy mięsa. Panie, przejęte zagranicznymi, niecodziennymi gośćmi, naginały nieco jadłospis tworząc wegetariańskie wersje i dorzucając zazwyczaj coś ekstra. Na miejscowym targu znaleźliśmy wówczas kramik ze wspaniałym ramanem (nie mylić z japońskim ramenem), gimbapem i udonem w wersji koreańskiej.
Do zmiany aury na bardziej letnią, dostosowywaliśmy także nasze dania przyrządzane w ciągu dnia. Zamiast gorącego ryżu i makaronu lub wygodnego zjedzenia ciastek czy batonów, w garnku zaczęły lądować zdrowe, kolorowe sałatki inspirowane promocjami w sklepach 🙂

Nocleg z tych NAJ: to nocleg w miejscu, które nazwaliśmy oazą wśród mijanych pól. Oaza zieleni i spokoju, gdzie opracowaliśmy nasz autorski przepis na topoki, które w wersji koreańskiej występuje tylko w jednej, niezmiennej formie – kluski z mąki ryżowej w ostrym sosie z pasty chili. Nasza wersja składała się z klusek (które kochamy), ale w ostrym sosie dyniowym, tak powstały dynioki! Oczywiście szczegółów nie zdradzimy. Dodać tylko możemy, że Koreańczycy którym także zaserwowaliśmy nasze danie, byli zachwyceni 🙂


To było podsumowanie pierwszej części tras, które przejechaliśmy w Korei. Będziemy pracować jeszcze nad opisem kolejnych odcinków, między innymi tego poprowadzonego wschodnim wybrzeżem, aż pod granicę z Koreą Północną. Tym samym, będziemy rękami i nogami bronić Korei, jako miejsca, które ma do zaoferowania wiele pięknych miejsc, może czasem obciążonych piętnem militarnych rozgrywek, czy burzliwej przeszłości, ale Korea nie musi być tylko sposobem na odnowienie wizy kolejnego wjazdu do Japonii. Ten kraj wymaga dłuższej refleksji, wymaga szansy i zrozumienia, bo dać może więcej niż początkowo się wydaje.

Gandzia i Piorun

Następny Post

Poprzedni Post

Komentarze

© 2018 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén