Temat rzeka, Korea Południowa – cz.2

W poprzednim poście opisaliśmy pięć tras rowerowych, którymi to głównie poruszaliśmy się jeżdżąc po Korei Południowej. Poniżej znajdziecie opisy kolejnych szlaków, zupełnie odmienne od reszty East Coast i szlak najczęściej wybierany przez sakwiarzy łączący Busan z Seulem.

Dojeżdżamy do trasy wzdłuż wschodniego wybrzeża. Wiśnie kwitną nie tylko w Japonii!

EAST coast

318 km, Sunrise Park – Unification Observatory

Sami nie wiemy dlaczego, ale podświadomie oczekiwaliśmy, że koreańskie wybrzeże będzie łagodne, z piaszczystymi plażami i malowniczymi drogami prowadzącymi wzdłuż nich. W rzeczywistości były to malownicze drogi, ale prowadzące w dużej mierze z dala od plaż, a wijące się między licznymi, pobliskimi wzgórzami. To była górska i najbardziej wymagająca ze wszystkich, a nie spokojna, nadmorska jazda. Trasa różniła się zdecydowanie od pozostałych. Nie tylko ze względu na krajobraz, ale przede wszystkim na życie jakie się tam toczyło, a w mijanych przez nas wioseczkach zdawało się mieć swój niczym niezakłócony rytm. Panie suszące wodorosty, ryby przy drogach, panowie w porze lunchu grający w gry podobne do warcabów, knajpki czekające na pierwszych klientów, rybacy wypływający na połów. Z tym wszystkim kontrastowały trudne dla nas w odbiorze kilometry drutów kolczastych, mijane codziennie kolumny wojskowych pojazdów i nocne warty żołnierzy wzdłuż opłotowanych plaż. To wszystko wzbudzało w nas wiele emocji i prowokowało jeszcze więcej myśli, bo ciężko jest przejechać obojętnie obok wyrzutni rakiet w gotowości bojowej.

Nocleg z tych NAJ: to zdecydowanie jedna z tych najbardziej abstrakcyjnych lokalizacji, bo jak tu inaczej nazwać nocleg 500 m od elektrowni atomowej 🙂 Deszczowy dzień zmusił nas do poszukiwania noclegu w tej okolicy, a drewniana wiata w pobliskim parku stała się najlepszą opcją. Bywa, że zastanawiamy się, czy wybrane miejsce na nocleg jest aby na pewno bezpieczne i odpowiednie, zaglądamy do parków i w różne zaułki, też po to by nikomu nie przeszkadzać i nie rzucać się w oczy aż tak bardzo. W deszczowe dni trochę odważniej podchodzimy do szukania noclegu, bo wierzymy, że ludzie zrozumieją naszą potrzebę skrycia się gdzieś pod dachem.

Intrygujące były te kilometry płotu kolczastego, o którym wcześniej wspominaliśmy, zdaniem naszym i wielu osób, z którymi rozmawialiśmy, są one tylko militarną ‚propagandą’ pokazującą Koreańczykom jak bardzo ich państwo zabiega o bezpieczeństwo obywateli. Bo kto by spodziewał się ataku Korei Północnej od strony wybrzeża? Albo tłumów emigrantów stamtąd? W Korei Południowej obowiązkowa jest dwuletnia służba wojskowa, wszyscy żołnierze których widzieliśmy byli bardzo młodzi. Może w ten sposób zapewniają zajęcie młodym chłopakom, którzy służbę spełnić i tak muszą.

Granica z Koreą Północną jest pilnie strzeżona, od strony wschodniego wybrzeża do muzeum w strefie DMZ wjechać można tylko autokarem turystycznym albo samochodem. Nasze rowery nie zostały zaakceptowane do dalszego przejazdu, więc około 8 kilometrów od granicy zawróciliśmy i pojechaliśmy dalej swoją drogą w stronę Seulu.

Problemy? W poprzedniej części pisaliśmy o finezyjnych instalacjach i odcinkach tras, a tym razem finezja objawiała się w zaskakująco poprowadzonych szlakach i przeszkodach dla sakwiarzy. Podjazdy i liczne zakręty prowadzące przez wioski okrężnymi drogami, by droga była jeszcze bardziej malownicza, schody i wąskie podesty by urozmaicić trasę. To wszystko jednak sakwiarzom nie do końca sprzyja, więc często posługując się nawigacją zmienialiśmy kurs.

Cherry Blossom, to na kwitnące wiśnie Japończycy czekają cały rok. Już żałowaliśmy, że nie zobaczymy pięknych kwiatów w Japonii, a jednak załapaliśmy się przecież na pierwsze drzewa obsypane różowymi kwiatkami jeszcze w Fukuoce, tuż przed wypłynięciem do Busan na Półwyspie Koreańskim. Sezon na kwitnące drzewa przyszedł do Korei miesiąc później, kolorowe płatki obsypały drzewa, zapach i widok był niesamowity, zwłaszcza, gdy lekki wiatr strącał płatki z gałęzi, rozsypując je wokoło, był to naprawdę piękny spektakl. A gdy tylko spadł deszcz płatki oblepiały ścieżki i nasze rowery 🙂 W Korei, podobnie jak w Japonii choć nie z takim rozmachem, też celebruje się ten wiosenny czas, połączony z innymi kwiatowymi festiwalami. Tuż przed wiśnią kwitną jeszcze forsycje, piękne żółte krzewy, które również jak w Polsce są symbolem nadchodzącej wiosny. A jak już pisaliśmy wielokrotnie, po zimie spędzonej w Japonii, naprawdę na tę wiosnę czekaliśmy!


BUKHANGANG

70 km, Sinmae Bridge – Balgeun Gwangjang

Do trasy Bukhangang dojeżdżaliśmy spod granicy z Koreą Północną, od strony wschodniego wybrzeża. Między trasami nie było żadnej oznaczonej dojazdówki, ale można jechać starą drogą przez góry (nowa trasa to ekspresówka z tunelami), która częściowo jest zaadoptowana pod trasę rowerową nie wchodzącą w skład 4 River Paths. Jak to w górach, było pięknie i ciężko zarazem. Spotkaliśmy dwa razy ludzi, którzy poczęstowali nas jedzeniem, najwidoczniej widok obładowanego rowerzysty mozolnie jadącego pod górę robił wrażenie.

Do zapamiętania są piękne dni początku lata, dymiące góry, gdy przewiało nieco powietrze po intensywnych opadach deszczu i zniknął złowrogi smog, który niestety trapił nas wielokrotnie i jest dużym problemem dla Korei.

Nocleg z tych NAJ: to noc pod mostem, w namiocie ciągle oczywiście 😉 Spanie pod mostem może się źle kojarzyć, jednak gdy pod nim znajduje się rozległy park, dla nas staje się kolejnym bezpiecznym miejscem na rozłożenie namiotu. I nie był to nocleg na biedaka, hitem było odkrycie, że łapiemy tam wi-fi! To jest właśnie koreański zasięg. Śpisz pod mostem, ale darmowy internet jest z Tobą 🙂


HANGANG (na tę trasę składają się dwie rzeki: Hangang i Namhangang) oraz ARA

324 km, Yeouido – Chungjudam oraz trasa

21 km, Ara West Sea Lock – Ara Hangang Lock

Na trasie wzdłuż rzek Hangang i Ara czuć było prestiż stolicy! Zdecydowana większość Koreańczyków jeździ na wspaniałych rowerach. Najnowsze modele rowerów szosowych, starsi panowie na fatbajkach, kobiety na elektrycznych, a futuryści na rowerach poziomych 🙂 Wydaje nam się, że w Korei istnieje tylko jeden typ rowerzysty, takiego który jeździ na rowerze jako kosztowne hobby, bo przecież na samochód go stać to i rower wypasiony może kupić. Pokutuje tam raczej profil rowerzysty-biedaka, tego co grosza na auto nie ma. A co oni o nas myśleli? Nie wiadomo, ale często częstowali nas jedzeniem 😉 Reszta sprzętu rowerowego też nie jest przypadkowa, kolory ubrań dobrane pod kolor ram, stylowe okulary i coś co wyróżnia Koreańczyków na tle innych azjatyckich rowerzystów: głośniki zamiast bidonu! Praktycznie co drugi Koreańczyk słucha głośno muzyki jadąc na rowerze, zazwyczaj rzewnych piosenek z damskim wokalem. Nic to ze śpiewu ptaków, ważne są odpowiednie decybele 🙂

Wjazd do stolicy okazał się absolutnie bezbolesny dzięki ścieżkom rowerowym wprowadzającym cyklistów do serca Koreańskiego molocha. Jechaliśmy po prostu wzdłuż rzek i w końcu dotarliśmy do pięknie zagospodarowanych przestrzeni, o których Piorun pisał przy okazji opisywania Seulu. Bolesne było za to zjeżdżanie z dróg rowerowych i dołączenie do ruchu samochodowego już w tkance miejskiej, bo kierowcy Koreańscy nie są nazbyt cierpliwi, a przy tym po mieście po prostu nie jeżdżą rowerzyści.

Śniadanie mistrzów: owsiankę jemy każdego dnia, nie tylko w podróży, w domu też. W podróży składniki są inne, w zależności od tego co możemy kupić i co nie zrujnuje naszego portfela. Po pierwsze, już w Japonii zamieniliśmy płatki owsiane na gnieciony jęczmień, bo jest tu dużo tańszy, łatwo go przygotować i jest bez problemu dostępny. Dodajemy jeszcze owoce, orzechy oraz czasem mleko roślinne, w Korei naszym ulubionym mlekiem było mleko z czarnej fasoli. A tamto konkretne śniadanie zapamiętamy, bo udało nam się kupić truskawki przy których się zupełnie rozpłynęliśmy! Truskawki w sklepach były tam cały czas, ale zazwyczaj w cenie, która nie pozwalała nam na nie nawet spojrzeć.

Nocleg z tych NAJ: myśleliśmy, ze ciężko nam będzie znaleźć cichy zaułek praktycznie w centrum Seulu, jednak przy rzece Han udało nam się zainstalować nasze obozowisko na małym trawniku, skrytym przy nadrzecznym zagajniku, z widokiem takim, że żaden Sheraton takiego nie ma!

Wolny czas Koreańczycy uwielbiają spędzać przy rzece. Szczególnie w weekendy, zjeżdżają nad wodę, rozbijają namioty, piknikują, o czym pisaliśmy tutaj. Znowu mieliśmy okazję podpatrzeć ich sprzęty kempingowe 🙂 A przy tym, widać jak dobrze zagospodarowana przestrzeń może służyć mieszkańcom tak ogromnego miasta. Wkraczając na tereny przyrzeczne, wchodziło się do innego świata, zapominało się, że za plecami ma się jedno z największych miast Azji.

Co jeszcze Koreańczycy uwielbiają? Kwitnący rzepak! Podczas naszej wizyty w Seulu znajoma z Warmshowers pokazywała nam zdjęcia z podróży poślubnej na wyspie Jeju, na której jedną z głównych atrakcji były sesje fotograficzne na polach kwitnącego rzepaku. Namiastkę tego mogliśmy zobaczyć przy specjalnie przygotowanych miejscach nad rzeką, gdzie nie tylko panie buszowały w kwiatach robiąc sobie selfie. Śmialiśmy się, że to tak jak my zrobilibyśmy sobie zdjęcie w ryżu. Co kraj, to obyczaj 🙂


NAKDONGGANG

389 km, Andongdam – Nakdonggang Estuary Bank

Trasa prowadzi prosto do Busan, czyli jest tą trasą, która jest najczęściej wybieraną opcją przez zagranicznych rowerzystów, którzy pokonują tylko odcinek Seul – Busan. Większość trasy przejechaliśmy pod koniec maja, więc uraczyła nas ona pięknymi kwiatami, rosnącym ryżem na polach i ciepłą pogodą. Jest jeden punkt trasy, który odbiega nieco od prostej do stolicy i jest to miejscowość Hahoe z tradycyjną wioską koreańskich domków w okolicy Andong, przy którym mieści się niesamowite muzeum masek teatralnych i obrzędowych, ze zbiorami z Korei jak i z całego świata. Ponadto przy wiosce zobaczyć można teatralny spektakl tańca z maskami. Przedstawiany jest tam jeden z najstarszych tańców w Korei Południowej – Hahoe Byeolsingut.

HAHOE VILLAGE

Wizyta w Hahoe jest podróżą w czasie! To urocze miasteczko zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Co ciekawe, nie jest to kolejny skansen ale wciąż funkcjonujące miejsce, gdzie historia przeplata się z nowoczesnością, a ludzie ciągle żyją i podtrzymują tradycje sprzed 600 lat. Mieszkańców jest tam około 200, ponad połowa domków kryta jest strzechą, reszta tradycyjną dachówką. Państwo pomaga w utrzymaniu i restaurowaniu budynków, wszystko jest więc cudnie zadbane i można naprawdę poczuć klimat dynastii Joseon.

Spotkanie na trasie: zupełnie nieprzypadkowe, bo umówione przez innych znajomych z WarmShowers w pięknym miejscu UPO Wetlands. A mianowicie, mieszka tam para koreańskich podróżników Mook i Aghi, którzy wcześniej podróżowali 2 lata na rowerach w Europie, a teraz prowadzą minimalistyczne życie w małej miejscowości z dala od zgiełku miasta. Mieszkają w pięknym starym koreańskim domu, który sami wyremontowali i chętnie przyjmują w nim rowerowych gości. Czasem przyjeżdża się do kogoś i czuje, że ma się podobne spojrzenie na świat, choć każdy z nas wyszedł z innego kręgu kulturowego i niesie inny bagaż doświadczeń.

Wolontariat w Sangju, to był jedn z tych pomysłów, który narodził się po drodze. Poznając Stacey i Jowrneya, ich sposób życia oraz plany związane z farmą i uprawą chmielu, nie zastanawialiśmy się długo i zaproponowaliśmy im naszą pomoc jako wolontariusze. Półtora miesiąca po pierwszym naszym spotkaniu ta pełna energii para umożliwiła nam poznanie pracy na farmie oraz wprowadziła w tajniki uprawy chmielu. Cukinie, ogórko-melony, czosnek, one wszystkie wymagają sporo uwagi i pielęgnacji, a praca w upale w szklarni wcale nie należy do łatwych. Wiedzieliście, że na półkuli północnej pędy chmielu owija się wokół sznurka zgodnie z ruchem wskazówek zegara? My już wiemy. To kolejne niezapomniane doświadczenia i inspiracje od ludzi, którzy zamieniają marzenia w czyn! A tutaj możecie podejrzeć ich wspomnienia z trasy.



Czego będzie nam brakować na drodze? Naszych kochanych koreańskich Apaczy! Byli z nami każdego ranka, gdy wyczołgiwaliśmy się z namiotu w mniej standardowych (dla nich) miejscach, ich wiernych okrzyków na nasz widok i pieczołowitego obmacywania naszych rowerów. Tego jak często ci Apacze częstowali nas tym co akurat mieli do jedzenia, nie ważne, że nie odpowiadaliśmy im w tym samym języku! Irytowaliśmy się, gdy kolejne osoby robiły nam zdjęcia, bez skrępowania i bez pytania, ale serce zawsze nam miękło, bo wszyscy Koreańczycy których spotkaliśmy mieli pozytywne i 100% przyjazne nastawienie wobec nas.

Korea Południowa jest dla nas ciągle żywym i mocnym wspomnieniem. Kto wie, może jeszcze kiedyś tam wrócimy. Póki co jednak pozostaje nam czekać na nasze zasłużone medale po ukończeniu tych różnorodnych, rowerowych tras! 🙂

Następny Post

Komentarze

© 2018 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén