Ucieczka z Drogi Wojennej – Gruzja cz.2

Na północ od Tbilisi znajduje się Droga Wojenna. I to właśnie z zamiarem dotarcia do niej i przejechania tego znanego już ze starożytności szlaku,  wsiedliśmy z rowerami do pociągu w Kutaisi, o czym pisaliśmy tutaj. Pociąg, jak to często bywa, okazał się bardzo interesującym środkiem lokomocji, który pozwolił na małą interakcję z zaciekawionymi towarzyszami podróży. Nie były to jednak spotkania z typu tych radosnych, pełnych zachwytu i śmiechu, lecz raczej tych skłaniających do zadumy.
Starsze kobiety z pełnymi wiadrami owoców, starsi mężczyźni z dziecięcymi krzesłami, ręcznie robionymi w przydomowych warsztatach, Ci wszyscy ludzie zmierzający o świcie do stolicy, by sprzedać owoc swojej ciężkiej pracy. Młodzi też tam byli, ale z większych miasteczek, bo na wsiach niewielu ich już zostało. Wyjeżdżali z domów zostawiając rodziny, by ruszyć na tydzień, dwa, albo i dłużej, głównie do Turcji, bo w Gruzji ciężko jest im znaleźć pracę.
My, w podróży, ze swoimi nowymi rowerami, jakimiś sakwami, śpiworami, bajerami i oni, z nadzieją na lepsze jutro. Pozostało nam tylko słuchać ich skróconych historii lub opowiadać, gdy pytali jak żyje się w Polsce.

02

Po dojechaniu do Tbilisi, na dobry początek trzeba było wydostać się z zatłoczonego otoczenia dworca, a dalej z ruchliwej trzypasmówki prowadzącej w stronę słynnej osady Stepancminda, która jest bazą wypadową na jeszcze bardziej znaną górę Kazbek. Zaciskając mocniej ręce na kierownicy, z coraz większym bólem głowy od hałasu aut oraz ich klaksonów (tak, w  Gruzji trąbi się non stop, na wszystko, na każdą okazję) po około 30 km dotarliśmy w końcu do zjazdu. Nie oznaczało to jednak, że było łatwiej, przyjemniej. Upał dawał się we znaki, a węższa droga oznaczała mniej miejsca i wzmożone pozdrowienia (tak sobie tłumaczyliśmy) klaksonami, zwłaszcza że ruch busów i ciężarówek zmierzających w stronę rosyjskiej granicy był spory. Odpoczywając w cieniu przydrożnego drzewa zastanawialiśmy się czy aby na pewno tego chcemy i zaczęliśmy szukać alternatywny, aby skręcić znów w jakieś bezdroża. Postanowiliśmy odbić na wschód i przenocować niedaleko Zhinvali, skąd dalej spróbować dojechać do Shatili, położonej wśród gór osady-twierdzy niedaleko czeczeńskiej granicy. Spoglądając na mapę wiedzieliśmy, że będzie pod górkę, po wybojach i kamieniach, ale też wiedzieliśmy, że będzie spokojniej, cicho. Już klimat pierwszego wieczoru przy wiosce Chinti nas w tym utwierdził.

W towarzystwie miejscowych (ludzi i zwierząt) zostaliśmy odprowadzeni na polanę, gdzie mogliśmy rozbić swobodnie namiot,
zaopatrzeni w chleb i wodę, obdarowani owocami i warzywami rozkoszować się aurą i snuć plany na kolejne dni.
Trasa ta 07okazała się wspaniałym wyborem, gdzie znów mogliśmy nieśpiesznie podziwiać rozciągający się dookoła górski krajobraz. Chewsuretia jak się dowiedzieliśmy jest regionem, który nawiązał współpracę z polskim MSZ oraz PTTK, w ramach której wspierano rozwój sektora turystyki i między innymi oznakowano według polskich standardów około 300 km szlaków turystycznych. Aż czasem chciało się odbić na jeden z nich.

Dojazd do Shatili zajął nam dwa dni, ale wcale się nie spieszyliśmy. Po części z wyboru, po części z niemocy. Podjazdy w połączeniu z upałem dawały się we znaki, więc odpoczywaliśmy, jedliśmy, piliśmy i dawaliśmy upust swoim przegrzanym głowom 🙂 A to wszystko aby przy cudownej pogodzie i widoczności, dopingowani przez mijających nas motocyklistów wjechać – zapchać rowery na najwyższy punkt naszego wyjazdu, czyli przełęcz Datvis Jvari (2689 m n.p.m.).

Nie wiemy, czy to wcześniejsze spoglądanie na serpentyny na radzieckiej mapie, czy może świadomość, że przełęcz tę będziemy musieli pokonać także w drodze powrotnej (bo innej opcji nie było) nastawiły nas dość sceptycznie. Wydawało nam się, że zjazd jest już tak trudny, że chyba nie damy rady znów wjechać, a mijające nas półciężarówki i pickupy naprowadziły na pomysł, aby w drodze powrotnej łapać stopa.

Jednak zanim mieliśmy tego stopa łapać przed nami były jeszcze dwa noclegi i cały dzień pedałowania, w którym dotarliśmy do miejscowości Shatili i natrafiliśmy na tak zwane „domy śmierci” pod czeczeńską granicą. Shatili jest maleńką wsią składającą się z kilku współczesnych domów oraz okazałej twierdzy złożonej z grupy połączonych pomostami i ścianami kamiennych wież, których powstanie datuje się na XII wiek. Część z nich jest nawet zamieszkała, ba!, podobno można tam też wynająć pokój. Myśleliśmy, że po zobaczeniu zabytkowej części Mestii i Uszguli nie będziemy już tak podatni na zachwyty nad obronną zabudową, jednak położona na skale, między rzeką Argun a pasmem górskim szatilska twierdza zrobiła na nas duże wrażenie.
19
Wspomniane „domy śmierci” budowane były w pewnych oddaleniach od miejscowości. Podczas gdy panowała epidemia, zarażone osoby dobrowolnie udawały się do nich, by czekać na śmierć i nie narażać pozostałych mieszkańców. Na jedną taką grupkę domów trafiliśmy za Szatili, gdzie w kamiennych, niskich zabudowaniach piętrzą się kości i zachowane w całości ludzkie szkielety. Wyglądało to na raczej rzadko odwiedzane miejsce, choć na pewno nie zupełnie zapomniane. Odpaliliśmy niedopalone świece i rozpoczęliśmy drogę powrotną.

Pamiętając o pomyśle łapania stopa nasłuchiwaliśmy ewentualnie nadjeżdżających aut. Taka opcja wydawała nam się wtedy idealna, tym bardziej, że czuliśmy coraz większe zmęczenie, a dookoła nas zaczęły zbierać się gęste chmury, zza których słychać było zbliżającą się burzę. Oczywiście żaden transport nie nadjeżdżał, więc postanowiliśmy przenocować w mijanym już wcześniej, przyjaźnie wyglądającym wówczas zagajniku. Nie zdążyliśmy dobrze dojeść kolacji, gdy zaczęło padać. I padało całą noc. Lało, grzmiało, wiało i szumiało od pobliskiego strumienia. To nam jednak nie przeszkadzało, bo uwielbiamy spać pod namiotem, zwłaszcza w takim otoczeniu. Są jednak miejsca, które mają coś w sobie, coś co sprawia, że czujesz się inaczej, niespokojnie, ale jednocześnie bezpiecznie. Miejsca, w których wydaje się Tobie, że nie jesteś sam i nie chodzi o zwierzęta, a tym bardziej innych ludzi. Właśnie to miejsce przenikało nas swoją energią, a może cała ta aura i finezyjnie powyginane, karłowate drzewa rozbudziły naszą wyobraźnię…
W każdym razie dopiero po paru dniach od tej nocy, w rozmowie okazało się, że mieliśmy podobne odczucia i zgodnie stwierdziliśmy, że gruzińskie bóstwa nad nami czuwały.

Poranek jednak okazał się jeszcze bardziej tajemniczy. Nie padało, ale gdy otworzyliśmy namiot uderzyła nas gęsta mgła i wilgoć. Wciągnęliśmy ciepłą owsiankę, uzbroiliśmy się w kurtki i wciąż myśląc o złapaniu stopa zaczęliśmy mozolny podjazd na znaną już nam przełęcz Datvis Jvari. Nieco zaspani, przejęci nocą, niemalże w ciszy poruszaliśmy się naprzód. Otoczenie nas kompletnie pochłonęło, przeniknęło swoją oniryczną atmosferą. Słońce próbujące się przebijać przez gęste chmury, soczysta zieleń kontrastująca z surowością skał i niesamowita przestrzeń sprawiły, że zupełnie odechciało nam się łapać stopa. Nawet zacinający momentami deszcz nie zmienił naszego nastawienia. Okazało się, że po ulewnej nocy spokojne strumyczki zmieniły się w rwące, grząskie potoki, a gdy bez skutku próbowaliśmy pomóc wypchnąć napotkane po drodze auto z głębokiego błota, jeszcze bardziej doceniliśmy nasze jednoślady. Zmęczeni, ale zadowoleni z siebie dotarliśmy późnym popołudniem na przełęcz 🙂

Po spędzeniu nocy w uroczym hostelu w wiosce Korsha prowadzonym przez lokalnego artystę, dotarliśmy następnego dnia do znanej już wioski Chinti, gdzie obmyśliliśmy plan, aby zostawić gdzieś rowery i stopem dojechać Drogą Wojenną do słynnej Stepancmindy. Gruzińska gościnność i otwartość po raz kolejny nas mile zaskoczyły. Nie dość, że znów zostaliśmy obdarowani owocami, to jeszcze mogliśmy zostawić nasze jednoślady i bagaże w miejscowej sklepo-piekarni. Szczęście nam sprzyjało i po kilkunastu minutach wsiadaliśmy już do auta. Nie było to zwykłe auto, trafiliśmy na busa pełnego rozentuzjazmowanych pań i panów (z dużą przewagą pań) w średnim wieku i tym sposobem staliśmy się częścią gruzińskiej wycieczki. Śmiechu było co niemiara. Kosztowanie domowych potraw, słuchanie gruzińskiego folku i zwiedzanie głównych atrakcji było ciekawą odmianą podczas naszego wyjazdu.
W Stepancmindzie wybraliśmy się na standardową, pieszą wycieczkę do słynnej świątyni Cminda Sameba, umieszczonej na niemalże każdej widokówce z Gruzji. Położona na wzgórzu, na wysokości 2170 m n.p.m., powstała w XIV wieku budowla, z widokiem na rozsławiony wśród wspinaczy uśpiony wulkan Kazbek, jest rzeczywiście warta zobaczenia. Nieco przesyceni jednak turystycznym gwarem odwiedziliśmy muzeum historyczne. Uwiązana w konflikty, wciąż borykająca się z wieloma problemami Gruzja, z pewnością nie inwestuje w tego typu miejsca, ale jak się okazało warto do nich zaglądać.

Sama Droga Wojenna i miasteczko nie zrobiło na nas wielkiego wrażenia. Na pewno zapamiętamy pyszne śniadanie z widokiem na Kazbek, ale nie żałujemy, że nie przebyliśmy tej ruchliwej trasy na rowerach.
Zdecydowanie większe wrażenia wywarły na nas gruzińskie bezdroża i miejsca, gdzie mogliśmy skupić się na otoczeniu i pięknej gruzińskiej przyrodzie. Na pewno na długo zapamiętamy odwiedzoną Chewsuretię i niesamowitą aurę, kóra nam towarzyszyła.

Piorun

Następny Post

Poprzedni Post

1 Komentarz

  1. Marcin 18 kwietnia 2017

    Świetna relacja. Dziękuję,

Komentarze

© 2017 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén