Życie i śmierć, wizyta na japońskiej górze strachu

Uroczystość Wszystkich Świętych oraz Dzień Zaduszny to szczególne dni dla większości Polaków. Trudno nie podążać za tradycją, która jest tak bardzo wyraźna w naszym życiu. Istnieje wiele teorii na temat genezy tych obrzędów. Większość zakłada, że święta wywodzą się z tradycji chrześcijańskich, gdzie wieki temu wspominano w tych dniach wszystkich męczenników oraz modlono się za dusze zmarłych. W przypadku Dnia Zadusznego wiele teorii zakłada wywodzenie się poszczególnych wierzeń z tradycji przedchrześcijańskich i pogańskich.
Teorii jest bardzo wiele, tak jak wiele jest różnorodnych podań, obrzędów i sposobów ich kultywowania. Jakiekolwiek jednak miało by to kultywowanie przybierać formy jedno jest jest niezmienne, powiązanie z kultem śmierci i pamięcią o zmarłych.

Życie i śmierć nawzajem się przenikają i podczas gdy każdy wie czym jest życie, tak naprawdę nikt nie wie czym jest śmierć. Od wieków, w zależności od rejonu globu i funkcjonujących tam wierzeń, próbowano tworzyć wyobrażenia o odejściu z ‚tego’ świata. Z „tego”, bo wierzono że śmierć nie jest ostateczną drogą człowieka, tylko wejściem w inny wymiar egzystencji. Chyba w każdej religii istnieje wiara w życie po śmierci, a jak jest w Japonii? W kraju kwitnącej wiśni kult śmierci przybiera różne formy, widoczne przede wszystkim w japońskim buddyzmie, drugiej funkcjonującej tam religii, razem z szintoizmem. Będąc w Japonii mieliśmy okazję obserwować przygotowania do jednego z ważniejszych świąt- Urabon, bardziej znanego jako O-bon, określanego jako Festiwal Bon czy Festiwal Lampionów. O-bon jest odpowiednikiem Dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek, trwający przez kilka dni w okresie od połowy lipca do połowy sierpnia, w zależności od regionu kraju. Święto to jest jednym z najważniejszych w roku, podczas którego Japończycy na różne sposoby celebrują pamięć o swoich przodkach i zmarłych bliskich. Przy domach pojawiają się pochodnie, zdobione są domowe ołtarzyki, składane są ofiary w postaci jedzenia i odwiedzane są cmentarze.
Japończycy wierzą, że w tych dniach duchy ich bliskich powracają na Ziemię, by spotkać się z rodziną. Święto to przybrało aktualnie formę nawet bardzo dużych festiwali, podczas których puszcza się na rzekach i jeziorach zapalone lampiony, by wskazać drogę duszom do ich krainy. Można nawet spotkać obchody połączone z tańcami bon-odori pochodzące z przekazów o uczniu Buddy, który na wieść o zakończeniu cierpień swojej zmarłej matki zaczął radośnie tańczyć.

Główny budynek świątyni Bodai-ji / Main building of the Bodai-ji temple

Jest jednak w Japonii miejsce, które w ogóle nie kojarzy się z festiwalem, tańcem, radością. Miejsce gdzie faktycznie można się przenieść do krainy zmarłych. Dla buddystów jedno z najświętszych miejsc w całym kraju. Osorezan, bo o tym mowa, co dosłownie oznacza „góra strachu” oraz stojąca w tym miejscu świątynia Bodai-ji. Według japońskiego buddyzmu istnieją dwie krainy: utożsamiane z rajem jodo oraz porównywane z piekłem jigoku, podziemna kraina rządzona przez władcę śmierci Emma-o.

Według legend w roku 892 buddyjski mnich Ennin wybrał się na poszukiwania idealnego miejsca odzwierciedlającego połączenie dwóch światów Buddy. To właśnie w okolicy Osorezan zbudował świątynię, która jest przez większość Japończyków wyznających buddyzm uważana właśnie za swego rodzaju bramę do piekła.

Dlaczego właśnie tam? Osorezan znajduje się w jednym z podobno najbardziej niedostępnych regionów Japonii, półwyspie Simokita, który ma formę topora odcinającego się na północy od Hokkaido. Niemalże pośrodku półwyspu, między górami leży miejsce, do którego nawet dzisiaj faktycznie ciężko się dostać bez swojego środka transportu. Nie łatwo było też tam wjechać rowerem, bo od najbliższego miasta Mutsu, w okolicy którego spaliśmy, wiedzie około 10 kilometrowy odcinek pnący się pod górę. Byliśmy w tej okolicy pod koniec lipca, kiedy upały mocno zaczęły nam się dawać we znaki, co potęgowało w nas różne uczucia i odczucia. Nie tylko zmęczenia, ale swego rodzaju wyciszenia, zrozumienia. Atmosfera potęgowała w nas wrażenie zbliżania się do czegoś innego, tajemniczego. Gęsty las, mijane po drodze statuetki z kwitnącymi kwiatami, niszczejące kamienne posągi i mniejsze chramy czy świątynie.

Kiedy wymęczeni wjechaliśmy na przełęcz odetchnęliśmy z ulgą, ale nie na długo. Nie dało się odetchnąć, a nawet swobodnie oddychać, bo w nasze nosy uderzył ostry zapach siarki. Takie jest właśnie wulkaniczne jezioro Usori, nad którym powstała świątynia. Samo zresztą Osorezan jest tak naprawdę pasmem gór, z jego 8 uważanymi za święte szczytami. Wulkaniczny krajobraz stał się inspiracją dla mnicha, dla którego błękitny kolor jeziora z białymi piaskami dookoła oraz pobliskie góry i siarkowe wyziewy były symbolem dwóch krain Buddy.

Jest jednak coś jeszcze, coś pomiędzy dwoma światami. Na skraju jeziora wypływa rzeka Sanzu no Kawa (dosłownie ‚rzeka trzech przejść’), która podobnie jak Styks w mitologii greckiej, stała się granicą między życiami. Podobnie też tę granicę trzeba przekroczyć, co nie jest oczywiście łatwe. Według wierzeń są na to trzy  sposoby: przejście przez most (jeśli prowadziło się dobre życie), brodząc przez płycizny (gdy życie było umiarkowane) oraz przepłynięcie w najgłębszym miejscu (kiedy prowadziło się niegodne życie). Po przekroczeniu rzeki dochodziło się do dwóch postaci stojących przy moście: Datsueby– starej kobiety kradnącej ubrania oraz Keneo– starego mężczyzny wieszającego ubrania. Kobieta zdzierając z nieszczęśników ubrania podawała je Keneo, który wieszając je następnie na gałęzi drzewa mierzył stopniem jej ugięcia ilość grzechów popełnionych przez człowieka za życia. Łatwo się domyślić, po jakiej przeprawie ubrania były najcięższe. Co jednak działo się, gdy dusza pojawiła się bez ubrania? Bezwzględna Datsueba zdzierała z grzesznika skórę

Statuetka bożka Jizo / Jizo deity statue

Niewiele więcej szczęścia miały dzieci, które ze względu na zbyt małe doświadczenie życiowe nie mogły przekroczyć rzeki. Nie były one jednak same w tej nierównej walce o kolejne życie. Pisząc o Osorezan i o Świątyni Bodai-ji należy wspomnieć, że została ona poświęcona Jizo, czyli japońskiemu bóstwu, które jest patronem nienarodzonych dzieci oraz tych, które zmarły zbyt wcześnie. Jizo jest także jednocześnie patronem podróżników, może i tych, którzy wybierają się do innego świata? Wszędzie w Japonii spotkać można posągi, statuetki, najczęściej kamienne, przedstawiające spokojnie siedzące małe bóstwo, z przymkniętymi oczami i zazwyczaj z ręcznie dzierganym czerwonym beretem na głowie. Czerwonym symbolizującym bezpieczeństwo i ochronę. Takie też ochronne zadanie spełnia sam Jizo, który pomaga małym duszom przejść na drugą stronę. Zgodnie z wierzeniami, czekające na przejście dzieci, układają kopczyki z kamieni i żwiru, a gdy te już prawie osiągnęły swój cel złe demony niszczą im zbudowane górki. W rejonie Bodai-ji wszędzie dookoła natknąć się można na usypane kopce żwiru i kamieni. Bo pomagają je też zbudować ludzie, a przede wszystkim rodzice, którzy stracili swoje dzieci. Przyjeżdżają oni w okolice Osorezan, zwłaszcza w dniach O-bon, by modlić się o dusze zmarłych, a nawet nawiązać z nimi kontakt.

I tutaj można się doszukać analogii do przedchrześcijańskich tradycji, obecnych również w Polsce, jak na przykład dziady, czyli uroczystości ofiarnych nawiązujących kontakt z duszami. Podczas Święta O-bon przy świątyni w Osorezan wciąż spotkać można starsze, niewidome kobiety, zwane itako, które za drobną opłatą kontaktują się i przekazują wiadomości zmarłym. Medium takim stawały się już młode dziewczynki, przekazywane przez rodziców do Świątyni na specjalne nauki i praktyki. Było to nawet swego rodzaju wyróżnienie i szansa na życie. Dzisiaj tradycja powoli zanika, chociaż wciąż w Osorezan spotkać można kolejki ludzi czekających na spotkanie z itako.

Składanie ofiary w postaci ryżu, słodyczy, zabawek, czy nawet alkoholu jest w Japonii na porządku dziennym. Przy kopcach, kamieniach i na plaży w Osorezan pełno jest jedzenia, ale także ubrań, przede wszystkim butów i szalików, żeby tylko delikatne dusze dzieci nie zmarzły po drodze do innego świata. Dba się tutaj także o Jizo i chyba nie ma statuetki bez nałożonej czapeczki czy chusty.

To wszystko kontrastuje z niesamowicie surowym, wulkanicznym otoczeniem. Zabarwiona na żółto i czarno ziemia pozbawiona roślinności, gorące wyziewy przypalające niekiedy monety lub inne przedmioty leżące w pobliżu oraz odurzająca woń siarki. Nie sposób przejść obojętnie obok setek usypywanych kopców i ludzi modlących się w ciszy do Jizo. Na pewno nie była to tylko kolejna atrakcja, jeśli w ogóle można tak powiedzieć o tym miejscu, widziana na naszej drodze. Osorezan nas bardzo poruszyło, bo kto wie czy sami nie będziemy się kiedyś zmagać z przeprawą przez podobną rzekę.

Piorun

Następny Post

Komentarze

© 2018 PODRÓŻOZBIÓR

Theme by Anders Norén